Bornholm – niezwykle malownicza duńska wyspa – zdążył zasłynąć głównie jako raj dla rowerzystów, miłośników architektury oraz amatorów wędzonego śledzia. Choć tegoroczny lipcowy wyjazd na ten niewielki skrawek lądu rzucony w środek bałtyckich fal nie był wypadem ptasiarskim, podczas spędzonego tam tygodnia obiektów obserwacji mi nie zabrakło.
Moje dotychczasowe doświadczenia z Bornholmem zawdzięczam wychowawczyni w gimnazjum, dzięki której sporą ekipą odwiedziliśmy naszych duńskich sąsiadów 9 lat temu. W tym roku nadarzyła się okazja do ponownej wizyty, którą złożyłem wyspiarzom razem z mamą. Mając bardzo ograniczone zaufanie do punktualności pociągów wyjechaliśmy z Gdańska do Kołobrzegu we wtorek 6 lipca, aby spokojnie przenocować u Macieja i Ewy Mężyńskich – małżeństwa nauczycieli z wielką rowerową pasją, poznanych za pośrednictwem portalu dla podróżników www.couchsurfing.pl. W nocy młode i dorosłe mewy srebrzyste robiły wszystko co w ich mocy, abyśmy przypadkiem nie zapadli w zbyt głęboki sen (a dokładnie – abyśmy nie zmrużyli oka) i nie zaspali na katamaran odpływający z portu o 7 rano.
Trwająca 4,5 godziny podróż była dla większości pasażerów (w tym dla mojej mamy) dość przykrym doświadczeniem z uwagi na wysokie fale i intensywne kołysanie. Wszyscy poczuli się lepiej, kiedy zarys bornholmskiego lądu ukazał się na horyzoncie i z każdą chwilą nabierał coraz wyraźniejszych konturów.
Dobiliśmy do portu w Nexø – drugiego pod względem wielkości miasta na wyspie. Jeszcze przed zejściem z pokładu mogłem oglądać ptaki, które miały nam towarzyszyć przez cały tydzień – edredony. Rodziny złożone z samic i wyrośniętych młodych pływały po kanałach portowych. Na porośniętym trawą nabrzeżu odpoczywały śmieszki, mewy srebrzyste i pospolite, w powietrzu uwijały się trzy gatunki jaskółek (łącznie z brzegówką), śpiewał też skowronek.. Po zejściu na chwilę zostawiłem dochodzącą jeszcze do siebie mamę i szybko policzyłem edredony przebywające na terenie portu – wyszły mi 83 ptaki.
Czekając w Nexø na autobus do Rønne – stolicy Bornholmu – mieliśmy okazję do szybkiego podpatrzenia kicających po samochodowym parkingu zajęcy. Wcześniej na zabytkowym przykościelnym cmentarzu, poza kolekcją wiekowych granitowych nagrobków, widzieliśmy stado wróbli, żerującego kosa i przelatujące dzwońce. Pętla autobusowa w Rønne znajdowała się w porcie, dzięki czemu kolejny raz można było popatrzeć na edredony, a także krzyżówki, mewy srebrzyste i siodłate oraz 2 czernice. Nasza baza noclegowa okazała się położona w bardzo malowniczym miejscu – blisko portu, a jednocześnie nieco na obrzeżach samego miasta, w otoczeniu lasu i zarastającej łąki. Z okna pokoju mogliśmy podglądać higieniczne zabiegi w wykonaniu samicy zięby, a naszej aklimatyzacji w nowym miejscu z ciekawością przyglądały się od czasu do czasu grzywacze.
.jpg)
Fot. 1: Edredony - ptasi symbol Bornholmu (fot. Antoni Marczewski)
Ten dzień poświęciliśmy głównie na zwiedzanie niezwykle ładnego miasta, jakim jest Rønne. Przed wyjazdem obawiałem się tłumów turystów na tutejszych wąskich uliczkach, ale moje obawy okazały się bezpodstawne – wczasowicze jak jeden mąż opanowali główny plac (Store Torv), gdzie zasiedli przy licznie rozstawionych knajpianych lub kawiarnianych stolikach lub oddali się szałowi zakupów. Dzięki temu mogliśmy w spokoju napawać się pięknem lokalnej architektury, w niektórych miejscach połączonej z elementami przyrodniczymi – np. młodą mewą srebrzystą. Ptaków, poza jerzykami, kawkami, wróblami, kosami i wspomnianymi mewami – nie było zbyt wiele. Niestety do listy wyjazdowej nie można było dopisać puchacza przedstawionego na płaskorzeźbie bardzo reprezentacyjnego budynku (niestety nie poznaliśmy jego dokładnego przeznaczenia) ani śnieżycy tudzież łabędzia czarnodziobego, której (którego) postać przyjął jeden z wiatrowskazów na nabrzeżu. Podczas spaceru dotarliśmy też do niewielkiego parku (przy skrzyżowaniu ulic Zahrtmannsvej oraz Paradisvej), gdzie na stawie poza domowymi gęsiami oraz krzyżówkami przebywała pojedyncza bernikla białolica (bez obrączek, ale ciężko powiedzieć, czy jej obecność w tym miejscu była w pełni naturalna).

Fot. 2: Młoda mewa srebrzysta na dachu jednego z budynków (fot. Antoni Marczewski)

Fot. 3: Jeden z ptasich elementów w architekturze Rønne (fot. Antoni Marczewski)
Wieczorem wybraliśmy się na spacer ścieżką rozpoczynającą się przy schronisku, w którym mieszkaliśmy. Okazała się prowadzić szczytem klifowego wybrzeża, u podnóża którego ciągnęła się malownicza plaża. W zaroślach przy ścieżce aktywnie odzywały się cierniówki i piecuszki, śpiewały też trznadle. Miałem cichą nadzieję, że na którymś z usypanych przy plaży kamienistych falochronów uda mi się zobaczyć ostrygojada, ale grono kręgowców w tym miejscu było ograniczone do turystów oraz wrony siwej. Klif miał charakter piaszczysty, z czego skwapliwie skorzystały brzegówki, co chwila wlatujące lub wylatujące z wykopanych przez siebie norek.
Wracając do schroniska przejrzałem jeszcze dachy budynków portowych, gdzie do spoczynku szykowały się mewy srebrzyste i co najmniej 8 mew siodłatych. Podobny zamiar miały kawki i gawrony, które opanowały sąsiedni sosnowy zagajnik i głośno obwieszczały swoją obecność.
Przed wyjazdem planowaliśmy poruszać się po Bornholmie wynajętymi rowerami, ale okoliczności sprawiły, że eskapada 9 lipca była naszym jedynym kontaktem z tym wielce praktycznym środkiem transportu. Na wyspie jest 235 bardzo dobrze oznakowanych ścieżek i jazda po nich to prawdziwa przyjemność. Mają swoje numery i my ruszyliśmy trasą oznaczoną liczbą 10 łączącą Rønne z położonym 10 km na północ Hasle. Po opuszczeniu schroniska najpierw skierowaliśmy się do portu, gdzie, ku swojemu zaskoczeniu, zobaczyłem odpoczywającą na kamieniach gęś zbożową. Poza tym niespodziewanym gościem pozostali pierzaści portu byli już bardziej standardowi – edredony, krzyżówki, czernice, kilka gatunków mew, a na betonowych portowych konstrukcjach – pliszki siwe. Po pokonaniu odcinka ciągnącego się wzdłuż wybrzeża wjechaliśmy do lasu figurującego na mapach jako Blykkobe plantage. Zdecydowana większość lasów na Bornholmie (łącznie z największym kompleksem, Almindingen, położonym w centralnej części wyspy) zostały posadzone przez człowieka. Nie robiono tego jednak pod linijkę, a też sama przyroda nie próżnowała od tamtej pory i teraz lasy wyglądają bardzo naturalnie. Ptaki niespecjalnie zwracały na nas uwagę i odlatywały głównie wtedy, kiedy zbliżaliśmy się do nich na kilka metrów. Dzięki temu wielokrotnie z bliska można było popatrzeć na kosy (w tym samicę z dwoma podlotami), śpiewaki, zięby i bogatki. Śpiewały rudziki i piecuszki, w dwóch miejscach z drzew zerwał się odpoczywający myszołów.

Fot. 4: Wytrwała gęś zbożowa - w ciągu doby trzy razy widziana na tym samym kamieniu (fot. Antoni Marczewski)
Dwukrotnie zjechaliśmy z głównej ścieżki, aby odwiedzić wspominane w przewodniku jeziorka powstałe w wyniku zalania wodą miejsc, gdzie dawniej wydobywano glinę. Na wysokości miejscowości Sorthat znajduje się Jezioro Szafirowe – rzeczywiście kolor wody mógł przywodzić na myśl ten piękny drogocenny kamień. Tu przebywała grupa ok. 20 krzyżówek (w tym samica z 3 pisklętami), a nad lasem przeleciał grzywacz. Nieco dalej, między Sorthat i Muleby, znajduje się drugie „kamienne” jezioro – Szmaragdowe. Tu akurat bym się kłócił o zasadność tej nazwy. Z mapy wynikało, że odnosi się ona do niewielkiego zbiornika, gdzie woda przypominała raczej zupę szczawiową niż co innego. Bardziej miano szmaragdowego pasowałoby do większego, według mapy bezimiennego akwenu, położonego tuż obok. Na obu nie udało się wypatrzyć żadnych ptaków, jednak na morzu, które było stąd doskonale widoczne, nie zawiodły oczywiście edredony. W zaroślach ciągnących się wzdłuż plaży intensywnie koncertowały cierniówki.
Dalsza droga prowadziła wciąż przez las, ale nie tylko, jak dotąd, przez lasy liściaste, lecz również przez fragmenty borów świerkowych (tu krzyżodzioby świerkowe i pełzacz leśny) i sosnowych. Natknęliśmy się na niewielką piaskarnię, gdzie udało się naliczyć około 80 norek brzegówek. W ten sposób dojechaliśmy do Hasle, gdzie zatrzymaliśmy się na uzupełnienie nadwątlonych sił przywiezionymi w plecakach kanapkami, po czym popedałowaliśmy w stronę skały Jons Kapel. Za Hasle rozpoczął się niewątpliwie najpiękniejszy etap drogi, która prowadziła bezpośrednio wzdłuż morskiego brzegu. Widoki wysokich brzegów skąpanych w zieleni drzew oraz ciągnące się wzdłuż ścieżki zarośla pozwalały myślami przenieść się w rejon Morza Śródziemnego, a o właściwym położeniu geograficznym przypominały pływające między skalistymi wysepkami edredony oraz odpoczywająca na jednym z kamieni samica szlachara. Za jednym z zakrętów ukazała się Jons Kapel (duń. Kaplica Jana – według legendy zakonnik o tym imieniu nawracał w tym miejscu mieszkańców Bornholmu na chrześcijaństwo). Biel skał pięknie kontrastowała z zielonością lasów oraz intensywnym błękitem lipcowego nieba. Po dotarciu na parking zostawiliśmy rowery i kontynuowaliśmy wyprawę na piechotę, bowiem czekał nas forsowny marsz pod górę. Maszerując zachwycaliśmy się niesamowicie bujną zielenią – wszechobecny bluszcz oplatał się wokół każdego wolnego pnia, a parne powietrze wzmacniało poczucie znalezienia się w południowoamerykańskiej dżungli. Jeszcze przed osiągnięciem celu trafiliśmy do malowniczego punktu widokowego, skąd rozpościerała się szeroka panorama morza – od razu pomyślałem, że jesienią mogłoby to być dobre miejsce na uprawianie seawatchingu.

Fot. 5: "Dżungla" koło Jons Kapel (fot. Antoni Marczewski)
Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się u kresu wędrówki. Przed nami niezliczona liczba schodów prowadzących w dół, do podnóża potężnych skał. Oczywiście nie mogłem odmówić sobie przyjemności przejrzenia skalnych półek pod kątem ptaków morskich. Dominowały mewy srebrzyste, których sporo unosiło się również nad falami. Siedziało też kilka kormoranów, a za jednym z załomów dostrzegłem fragment alki. Kolejnych 20 ptaków wypatrzyłem na morzu – często wykonywały loty między otwartymi wodami a skałami, więc możliwe, że miały tu gdzieś gniazda (choć materiały turystyczne podają, że najbardziej na południe wysunięte stanowiska lęgowe alki znajdują się na oddalonej nieco na północ i posiadającej połączenia z Bornholmem wyspie Christiansø). Poza alkami daleko na morzu przebywała jeszcze grupka kilkunastu nurzyków – kolejnych ok. 40 przedstawicieli obu gatunków udało się zobaczyć ze ścieżki prowadzące przez zalesione szczyty klifu wiodącej w stronę miejscowości Vang.
W drodze powrotnej spotkałem jeszcze samotnego piskliwca oraz rodzinę oharów złożoną z samicy i trójki wyrośniętych młodych. W Hasle skosztowaliśmy zachwalanego w przewodnikach „Słońca nad Bornholmem”, czyli wędzonego śledzia podawanego z ciemnym chlebem, masłem, szczypiorkiem, rzodkiewką oraz żółtkiem z jajka (ale miejmy nadzieję, że nie alki). Wróciliśmy do schroniska po 8 godzinach od wyjazdu, a gęś zbożowa w porcie tkwiła wciąż na tym samym kamieniu.

Fot. 6: Alki na Jons Kapel (fot. Antoni Marczewski)
Rano pożegnaliśmy sympatyczne kierownictwo schroniska oraz niezmordowaną gęś zbożową (wciąż ten sam kamień!) i z bagażami stawiliśmy się na pętli autobusowej. Równo o 10.05 na bornholmskie drogi ruszyła flotylla żółtych autobusów, w tym nasz, kierujący się do niewielkiego miasteczka Gudhjem na wschodnim wybrzeżu. Wjeżdżając pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, był spory pomnik samca edredona ustawiony przed budynkiem dawnej stacji kolejowej przerobionej na lokalne muzeum. Jak się później dowiedziałem, statua została tu postawiona przez artystkę, która w ten sposób postanowiła uczcić 50-lecie istnienia owego muzeum. O ogólnej sympatii do edredonów świadczyły również zdecydowanie mniejsze figury pary ptaków zdobioną bramę wejściową jednej z posesji przy głównej ulicy miasta.
.jpg)
Fot. 7: Mama i Wielki Edredon (fot. Antoni Marczewski)
Schronisko, w którym tym razem zamieszkaliśmy, umieściło nas w hotelu o nazwie „Thern” („Rybitwa”), co w kontekście moich zainteresowań urosło niemal do rangi symbolu (warto przy okazji dodać, że przez cały pobyt nie widziałem ani jednej rybitwy). Po aklimatyzacji połączonej z degustacją wytworów lokalnej branży lodziarskiej, wybraliśmy się na wieczorny spacer do doliny Kobbeådal (na podstawie zebranych na Bornholmie doświadczeń wnioskuję, że „dal” oznacza właśnie „dolinę”), ok. 5 km od miasta. Po drodze, na jednym z trawników, udało mi się zobaczyć jedyne w czasie wyjazdu ostrygojady. Przy wejściu na ścieżkę przyrodniczą doliny rzeczki Kobbeå ustawiono tablicę głoszącą, jakoby na jej końcu znajdował się „największy pionowy wodospad Danii”. Ciężko było nam sobie wyobrazić, jak wobec tego może wyglądać największy duński wodospad poziomy – z tym jednak większą ciekawością ruszyliśmy przed siebie. Ścieżka początkowo była bardzo równa, ale im dalej w las, tym więcej korzeni, kamieni, małych bajorek i innych przeszkód terenowych. Ptasio bez szaleństw – nie trzeba jechać na Bornholm, żeby słuchać nawołujących się zięb i kosów oraz gruchania grzywaczy. Jednak krajobrazy ponownie jak w amazońskiej puszczy. Na dodatek doliny rzeczne na wyspie mają charakter tzw. dolin szczelinowych, co oznacza, że zostały wyżłobione w granitowym podłożu i posiadają bardzo efektowne skaliste zbocza. Mając świadomość czekającego na końcu wodospadu można się było poczuć co najmniej jak odkrywcy źródeł Amazonki. Co ciekawe, po sfotografowaniu się przy tym 3-metrowym cudzie natury opuściliśmy zalesioną dolinę i znaleźliśmy się w typowym krajobrazie rolniczym z dominacją pól pszenicy i żyta oraz nielicznymi śródpolnymi zaroślami. W takim siedlisku było sporo skowronków, trochę trznadli, trafiły się również 4 kruki oraz samotny samiec błotniaka stawowego. Dzień zakończyliśmy obejrzeniem końcówki meczu o 3. miejsce mistrzostw świata między Niemcami i Urugwajem (3:2 dla Niemiec).

Fot. 8: Dolina Kobbeådal (fot. Antoni Marczewski)
Pierwszy raz w życiu próbowałem śpiewać po duńsku protestanckie psalmy – na wszelki wypadek nie za głośno. Po niedzielnym nabożeństwie (z przyczyn logistycznych nie udało nam się na 10 dojechać do jedynego na Bornholmie kościoła katolickiego w Aakirkeby) pojechaliśmy autobusem do ruin największego skandynawskiego zamku – Hammershus. Po drodze z przystanku do potężnych murów, poza licznymi turystami, spotkaliśmy samotnego kruka, który ich obecnością specjalnie się nie przejmował i spokojnie spacerował przy głównej ścieżce. Z samego zamku, wzniesionego w połowie XIII w. na zlecenie biskupa Lundu (dzisiejsza Szwecja).
Z zamku przeszliśmy na drogę łączącą Hemmershus z portem Hammern, gdzie odbiliśmy na ścieżkę reklamowaną w materiałach informacji turystycznej jako Hammeren Circular hiking trail. Całość trasy liczy 7 km i jest dobrze opisana w grubym folderze dostępnym za darmo w każdym punkcie informacji turystycznej na wyspie. My nie daliśmy rady pokonać jej całej (w czasie całej wycieczki towarzyszył nam trudny do zniesienia upał, najbardziej dający się we znaki mamie). Ponieważ szliśmy wariantem od Hammern, a nie zalecaną – od Sandvig – nie udało nam się zobaczyć Kælderhalsen – formacji skalnej z kolonią ptaków morskich. Wędrując ścieżką z widokiem na morze w kilku miejscach udało się wypatrzyć pływające na falach alki, ale ptasie życie generalnie ograniczało się do nich i mew srebrzystych. W miejscu, gdzie kończył się las i zaczynał otwarty teren z dużą liczbą wielkich głazów i niską roślinnością (tu już zupełnie można było poczuć się jak np. w Grecji), skręciliśmy i dotarliśmy do latarni morskiej, a dalej lasem do jeziora Hammersø. Trudno wyrazić słowami, jak ogromną przyjemnością było zanurzenie nóg w jego chłodnej wodzie – po wkroczeniu nieco w głąb można było ogarnąć mieszane stado ok. 80 mew, które zgromadziły się na środku akwenu. Położenie słońca zmieniającego ptaki w czarne sylwetki silnie utrudniało rozpoznanie poszczególnych gatunków. Z trzcinowisk odzywała się łyska.
Później nastąpił powrót do Gudhjem, obiad (odradzam kupowanie duńskiej krojonej szynki – jest przeraźliwie słona) oraz oglądanie finału mistrzostw świata (słusznie trzymaliśmy kciuki za Hiszpanię).
W centrum informacji turystycznej znalazłem broszurę o wyspie Christansø i zamieszkujących ją ptakach. Była polska wersja, w której oczywiście nie zabrakło błędów (np. mewa sztormowa – chodziło o mewę pospolitą, a pomyłka była pewnie spowodowana dosłownym tłumaczeniem z niemieckiego). Z Gudhjem kursują statki na Christiansø, ale takiej pozycji nie przewidywał mój budżet (który i tak mocno w czasie wyjazdu ucierpiał – bornholmskie ceny biją moim zdaniem na głowę te z Finlandii). Jednak na podstawie informacji znalezionych w Internecie wnioskuję, że kiedyś wyjazd na Christansø może być ciekawą propozycją jesienną. Prowadzone są tam badania ornitologiczne połączone z obrączkowaniem.
Dzień upłynął generalnie bez ciekawszych wydarzeń – wieczorem wpadliśmy do lokalnej wędzarni na kolejny rodzaj śledzia, a potem oddaliśmy się lekturze na jednej z portowych ławeczek. Co pewien czas lustrowałem zatoczkę, w której, poza edredonami, przebywała też samica szlachara z bogatym przychówkiem. Wokół nas kłębiło się sporo mew srebrzystych – dwie z nich chodziły z pochylonymi do przodu głowami i wydawały bardzo dziwne dźwięki (filmik z takim zachowaniem można obejrzeć na YouTube)
Nad głowami śmigały jerzyki i trzy gatunki jaskółek.
Ostatni pełny dzień na Bornholmie poświęciliśmy na wycieczkę do wspomnianej wcześniej szczelinowej doliny Døndalen. Według zdjęć na pocztówkach w niej powinien znajdować się wodospad znacznie większy od tego, który widzieliśmy w Kobbeådal. Podjechaliśmy kilka przystanków autobusem i wysiedliśmy w miejscu, z którego widać było ok. 50 edredonów pływających po morzu. Las w dolinie generalnie przypominał te już dotychczas widziane – podobny był również zestaw gatunkowy, choć tutaj intensywniej śpiewały rudziki, a także doszedł nowy gatunek – grubodziób. Szukając wielkiego (ponoć 20-metrowego) wodospadu doszliśmy do końca doliny. Wyszliśmy na czyjeś pole i słuchając śpiewu skowronków oraz trznadli doszliśmy do asfaltowej alejki, która doprowadziła nas do punktu wyjścia (a raczej wejścia – do doliny). Mama zrezygnowała z dalszych poszukiwań i postanowiła zaczekać na mnie przy plaży – ja jednak uznałem, że żaden wodospad nie będzie się przede mną chował. Ponownie ruszyłem znaną już ścieżką i przy zwałowisku kamieni doznałem olśnienia. To był wodospad! Z uwagi na długotrwały brak opadów wody w rzeczce było niewiele i potężny wodogrzmot był w tym momencie cichym wodociurkiem – w tej postaci definitywnie przegrywał rywalizację o palmę pierwszeństwa z wodospadem w Kobbeådal.
Postanowiliśmy nie dać zarobić BAT (przedsiębiorstwo obsługujące autobusy na Bornholmie) i wrócić do Gudhjem piechotą, po drodze podziwiając fantastyczne kształty tzw. Helligdomskipperne („świętych skał”). Przed ruszeniem w drogę wypatrzyłem jeszcze dwie rodziny oharów. Za pięknymi skałami zobaczyłem coś zdecydowanie mniej pięknego – martwą wronę powieszoną za nogę na drągu postawionym przy niewielkiej zagrodzie z kurami. Przyznam, że takiego widoku w cywilizowanej bądź co bądź Danii się nie spodziewałem.

Fot. 9: Przykry widok - martwa wrona powieszona przy zagrodzie dla kur przy drodze Gudhjem - Allinge (fot. Antoni Marczewski)
W samym Gudhjem, przed powrotem do schroniska, chwilę napawaliśmy się jeszcze wspaniałym widokiem na morze i okolicę rozciągającym się z punktu widokowego na górze Bokul (całe 50 m n.p.m).
Rano pożegnaliśmy Gudhjem i ruszyliśmy autobusem do Nexø, skąd późnym popołudniem miał odpływać katamaran do Kołobrzegu. Na miejscu brak przechowali bagażu, ale w punkcie informacji turystycznej pozwolono nam położyć nasze toboły w rogu głównej sali. Lżejsi o wiele kilogramów podjechaliśmy do Snogebæck – miejscowości, którą wybrałem z uwagi na zaznaczony na mapie rezerwat Hundsemyre. Okazało się, że mamy pecha – wstęp na jego teren jest zabroniony od marca do 15 lipca z uwagi na okres lęgowy. Na mapie zaznaczono też wieżę widokową – aby się do niej dostać trzeba było przejść przez czyjeś pole, ale dzięki temu zyskałem pojęcie, jak rezerwat wygląda. Jest to zespół śródleśnych stawów, z dość sporą nadrzewną kolonią kormoranów. Na dwóch stawach, jakie było widać z wieży, można było dostrzec też ok. 30 gęgaw – mignęły mi też 2 bernikle białolice.

Fot. 10: Rez. Hundsemyre widziany z wieży widokowej (fot. Antoni Marczewski)
Mieliśmy jeszcze sporo czasu, a także informację o kolejnym rezerwacie, tym razem zlokalizowanym na wybrzeżu na południe od Nexø (jak się później okazało, jego nazwa to Vildtreservat). Od głównej szosy skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą przez rozległe wrzosowisko, gdzie było sporo skowronków i świergotków łąkowych. Od tej ścieżki odbijała kolejna prowadząca cały czas wybrzeżem. Odcinek do miasta okazał się prawdziwym ptasim eldorado. Na płytkich przybrzeżnych wodach, między licznymi zatoczkami lub nieco dalej od brzegu przebywała malownicza mieszanka kormoranów, mew, ptaków blaszkodziobych, łysek i siewkowców. Wśród tych ostatnich dominowały czajki (cn.60), były też pojedyncze siewki złote, kwokacz, piskliwec i łęczak. Naliczyłem też 101 gęgaw, 3 rodziny oharów (14 ptaków), 18 łabędzi niemych , 71 krzyżówek, 12 krakw (w tym samicę z 3 pisklętami), 5 szlacharów, , 36 kormoranów, 56 łysek, 22 mew srebrzystych, ponad 160 śmieszek. Z lasu odzywał się m.in. dzięcioł duży. Choć ptaki przebywające na zatoce można było spokojnie oglądać ze ścieżki, w dokładnym zlustrowaniu okolicy bardzo pomagała ustawiona wieża obserwacyjna. Idąc dalej ścieżką rowerową (poboczem, rzecz jasna) dotarliśmy do miasta, gdzie wydając ostatnie korony czekaliśmy na odpłynięcie jednostki, która ostatecznie szczęśliwie i bez większego kołysania „wróciła nas na Ojczyzny łono”.

Fot. 11: Gęgawy i czajki w rezerwacie Vildtreservat (fot. Antoni Marczewski)
Bornholm jest wyspą piękną i drogą – jeśli chcecie zorganizować swojemu portfelowi kurację odchudzającą, to wyprawa n a Bornholm jest świetnym pomysłem. Oczywiście koszta można zmniejszyć – nocując np. na polach namiotowych (podobno bardzo dobrze zorganizowane i wyposażone, a za noc zapłacicie 15 koron zamiast 200 za noc w schronisku turystycznym). Autobusy są czyste i punktualne, ale mają wadę – są drogie. Np. za przejechanie 5 km między Nexø a pierwszym z opisanych rezerwatów trzeba zapłacić równowartość 16 zł. Najlepszym sposobem na poznawanie wyspy jest więc rower lub własny samochód (drogi są bardzo dobre, ruch niespecjalnie natężony). Jedzenie jest dość drogie, dlatego dobrym pomysłem jest zabranie głównych, nie psujących się produktów z Polski.
Bardzo dobrą mapę Bornholmu (folder A4, 50 stron) z planami poszczególnych miast można dostać w każdym punkcie informacji turystycznej, podobnie jak ciekawy przewodnik po atrakcjach turystycznych (234 strony, napisany w trzech wersjach językowych: duńskiej, niemieckiej i angielskiej). Katamaranem „Jantar” odpływającym w sezonie z Kołobrzegu codziennie rano potrafi mocno kołysać – być może lepiej pod tym względem jest na sezonowych promach ze Świnoujścia do Rønne.
Nieco więcej na temat ptaków na Christiansø można znaleźć na angielskojęzycznej stronie Duńskiego Towarzystwa Ornitologcznego (DOF). Są tam też informacje na temat ornitologicznej wartości lasu Almindingen, którego tym razem nie udało się odwiedzić (byłem tam w gimnazjum).
Drożyzna to główna i jedyna wada Bornholmu – wspaniałe krajobrazy, architektura i przyroda skutecznie osładzają gorycz rozstania z kolejnymi porcjami gotówki.
Tekst, zdjęcia i film: Antoni Marczewski
25.07.2010 9:50:28Te mewy wyglądają jakby coś zgubiły i z rozpaczą tego szukały ;)
A tak poważniej to wygląda to trochę jak jakiś rytuał godowy. Zauważyłem, że ptaki w czasie godów, często powtarzają zachowanie partnera.
30.07.2010 15:36:08Bardzo wyczerpujący opis wyprawy, szczery i bez obłudy, jaką nas raczą przewodniki.
Dziękuje Antoni zawsze czytam Twoje teksty.
31.07.2010 9:30:56Antek, dobra relacja! Zbożowa, sądząc po kolorze kamienia, spędziła tam więcej niż dobę ;) Pozdrowienia (również dla mamy rzecz jasna)! :)
ps. Myśl o największym wodospadzie poziomym nie daje mi spokoju... ;))
5.08.2010 20:17:37Po pokazaniu zdjęć znajomemu dowiedziałem się, o co chodzi z tym pionowym wodospadem :) Otóż wic jest w tym, że najwyższy pionowy wodospad oznacza największy dystans, jaki pokonuje woda od momentu znalezienia się w powietrzu do ponownego złączenia się z wodą na dole. Wodospad w Døndalen jest generalnie wyższy od tego w Kobbeådal, jednak jest to ciąg kaskad (a więc szereg "małych wodospadów pionowych") :)
11.08.2010 18:39:42Przeczytałam z zainteresowaniem. Michał zwrócił uwagę na ważny element Twojej relacji - szczerość. Dzięki wielu szczegółom praktycznym i opisom zwiedzanych miejsc już mniej więcej wiadomo, czy warto czy nie wybrać się na Bornholm. Dobre miejsce dla piechurów z kondycją i rowerzystów z własnym jedzonkiem. Fajną masz mamę!
Pozdrawiam Was oboje :))
12.08.2010 19:27:49Super wycieczka. Przed ptasiarskim bakcylem też spędziłem tydzień na Wyspie. Piękne miejsce.