Barcelona i okolice: 7-14.02.2010

Nigdy nie ukrywałem faktu, że kraje Północy są mi zdecydowanie bliższe niż państwa Południa. Choć charakteryzują się mniejszą różnorodnością biologiczną, mają w sobie surowe piękno i unikalny rodzaj atmosfery, które próżno szukać w cieplejszych rejonach. Jednak po kilku tygodniach mroźnej i śnieżnej zimy, jaka uraczyła nas w tym roku, pomyślałem sobie, że może jednak trzeba się z Południem przeprosić. Po tygodniu spędzonym w Barcelonie i okolicach nie porzucam co prawda dotychczasowych przekonań, ale już myślę o zakrojonym na szerszą skalę wyjeździe do Hiszpanii w przyszłym roku.

Pomysł wypadu na południe Europy zrodził się mniej więcej na początku stycznia. Kilka wcześniejszych miesięcy poświęciłem różnym pracochłonnym zadaniom, a nadchodząca sesja egzaminacyjna nie zapowiadała, by styczeń miał się pod tym względem różnić. W trosce o psychiczną równowagę zacząłem rozważać opuszczenie mrocznej i zaśnieżonej Polski na rzecz któregoś ze słonecznych państw południowej Europy, wykorzystując w tym celu wypadającą w lutym tygodniową przerwę międzysemestralną. Byłem w pełni świadom, że o tej porze nie można się specjalnie nastawiać na ciepłolubne raryty, których większość korzysta w tym czasie jeszcze z afrykańskiego słońca. Uznałem jednak, że miło byłoby zobaczyć któreś z państw, do których w lipcu czy sierpniu, z racji panujących wtedy temperatur, odwiedzać nie zamierzam. Początkowo skierowałem myśli ku Portugalii, jednak po dokładnej analizie strategicznej uznałem, że to nie jest do końca ten kierunek (zadecydowały względy finansowo-logistyczne). Wówczas wpadł do głowy pomysł wizyty w Barcelonie. Według szerokiego grona znanych mi osób miasto należy do najpiękniejszych w Europie, ma dostęp do Morza Śródziemnego, jest słoneczne, a na dodatek istnieje możliwość stosunkowo niedrogiego dostania się tam. Postaram się nie zanudzać czytelników moimi dywagacjami czy zachwytami nad znajdującymi się w Barcelonie arcydziełami kultury materialnej, natomiast skupić się na przyrodniczych aspektach mojego wyjazdu.

8-9. lutego 2010

Do Barcelony przyleciałem liniami Wizzair z zaśnieżonych i zlodzonych Katowic. Katalonia powitała mnie przyjemnym chłodem, jednak widok palm przy ulicach świadczył o tym, że nie jest to chłód specjalnie dotkliwy. Pierwszy i drugi dzień pobytu były dość deszczowe, dlatego nie obfitowały w wiele przyrodniczych wrażeń. Była to rzadka okazja do zobaczenia niemal całkowicie wyludnionej ulicy La Rambla – normalnie wypełnionej po brzegi strumieniem przemieszczających się ludzi. Wtedy też odwiedziłem rejon portu Vell, gdzie na trawniku w towarzystwie zwykłych szpaków żerował szpak jednobarwny. Poza tym dość szybko udało mi się zlokalizować mnichy, z których Barcelona słynie (trzymają się zwłaszcza miejsc z palmami). Drugiego dnia pobytu postanowiłem wybrać się na plażę w dzielnicy La Barceloneta. Tłumów nie było, bo i pogoda niespecjalnie zachęcała do wychodzenia z domu (ale na szczęście nie padało). W drodze z portu Vell kilkakrotnie napotykałem się na mnichy, które dawały o sobie znać głośnym skrzekiem. Nad morzem raczej pustawo – trochę zwykłych kormoranów, mewy romańskie, śmieszki, kolejna pleszka, uciekająca na mój widok pliszka siwa. Ciekawiej było w jednym miejscu, gdzie na niedostępnym dla spacerowiczów fragmencie nabrzeża odpoczywała ciemnopłaszczowa mewa żółtonoga i 8 mew czarnogłowych. Resztę dnia spędziłem na podziwianiu dzieł Gaudiego, czyli kościoła Sagrada Familia oraz budynków przy Passeig de Gracia (m.in. Casa Battlo).

10. lutego 2010

Trzeciego dnia znajomy Katalończyk, u którego mieszkałem (celowo nie piszę Hiszpan, bo by się na mnie obraził, a znając jego talent do języków zapewne niedługo biegle opanuje polski i mógłby się przypadkiem natknąć na tę relację), zorganizował nam obu wyjazd do oddalonego około 40 km od Barcelony Montserrat. Klasztor znajduje się w niesamowitym miejscu – wapiennym masywie górskim Montserrat. Można się tam dostać kolejką wwożącą odwiedzających pod górę i oferującą przy tym zapierające dech w piersiach widoki. Choć kilka miejsc w samej Barcelonie bardzo mi się podobało, dopiero patrząc na zalesione wzgórza i widoczne na horyzoncie przedmurze Pirenejów odczuwałem prawdziwy zachwyt. Miłym dodatkiem do tego etapu wyprawy była obserwacja stadka cierlików w zaroślach przy dworcu w niewielkiej miejscowości Sant Vincenc de Castalles.

Po dotarciu do Montserrat wybraliśmy się na spacer zalesionym zboczem, podczas którego najczęściej pojawiającym się ptakiem był rudzik (podobno narodowy ptak Katalonii, aczkolwiek nie znam przyczyn, dla których właśnie on nim został). Wszystkie spotykane osobniki były wybitnie niepłochliwe i pozwalały podejść do siebie niekiedy na 1-1,5 m. Sporo było również kryjących się kosów, do listy gatunków dołączyła również pokrzywnica. Trochę zaskoczyło mnie stadko modraszek, intensywnie poszukujących czegoś na pozbawionych drzew skałach nad naszymi głowami.

Po dotarciu do punktu widokowego pobawiliśmy się w przyrównywanie fantazyjnych form skalnych do zwierząt (znaleźliśmy „słonia” i „królika”), po czym rozpoczęliśmy schodzenie w dół. W pewnym momencie usłyszałem gdzieś nad sobą głuchy stuk i zdążyłem szybko oddalić się od miejsca, w które chwilę później uderzył może nie głaz, ale jednak całkiem solidny kamyk. Na pewno nie byłoby miło dostać czymś takim w łepetynę, co wpłynęło na przyspieszenie przez nas kroku i szybkie dotarcie do klasztoru Montserrat. Tamtejszy klasztor benedyktyński ma dla Katalończyków znaczenie podobne do tego, jakie dla Polaków posiada Jasna Góra w Częstochowie. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą figury Czarnej Madonny, nazywanej tu La Moreneta. Według legendy jej autorem jest św. Łukasz, a na Montserrat trafiła dzięki św. Piotrowi.

Powrót do Barcelony przebiegł nie do końca spokojnie – zagapiliśmy się i nie skasowaliśmy biletu na jeden z pociągów, przez co potem musieliśmy porządnie kombinować z wydostaniem się z peronu. W Barcelonie bowiem aby wyjść przez bramkę należy włożyć tam bilet skasowany na stacji początkowej. Ostatecznie wybrnęliśmy z tego obronną ręką, ale było nerwowo i wolałbym nigdy więcej tego nie powtarzać. Zszargane nerwy ukoiłem wspaniałą panoramą Barcelony roztaczającą się ze wzgórza Montjuïc. Dojechałem tu autobusem, ponieważ kolejka linowa kursująca na szczyt podczas mojego pobytu przechodziła przegląd techniczny i nie kursowała. W koronach drzew fruwał jakiś przedstawiciel rodzaju Phylloscopus, mysikrólik, nie zabrakło oczywiście rudzików, były też grzywacze. Po zejściu na niższy poziom wzgórza znalazłem niewielką kolonię mnich na palmie, a przy okazji dostrzegłem samca kapturki po przeciwnej stronie ulicy. Zanim udałem się z powrotem na spotkanie z moim gospodarzem (który wcześniej musiał mnie opuścić z racji zajęć na uczelni) na Placa Catalunya, zajrzałem jeszcze do niewielkiego parku oznaczonego na mapie jako Park Miro. Jego najbardziej charakterystycznym punktem była specyficzna rzeźba figurująca w moim książkowym przewodniku jako „Kobieta i ptak”. Szczerze mówiąc trudno było dostrzec którykolwiek z wymienionych elementów. Ptaków szukałem w innych miejscach w parku, co przyniosło rezultaty w postaci dwóch śpiewających kulczyków, zięby, pleszki i oczywiście rudzika.

11. lutego 2010

Kolejny dzień był kontynuacją spotkań ze sztuką Gaudiego – tym razem odwiedziłem sławny Park Guell. Poświęciłem trochę uwagi interesującym budynkom, zadziwiającym kolumnom czy wielkiej ceramicznej jaszczurce przy wejściu do parku, która znalazła się w ogniu fleszy turystów mówiących wszystkimi językami świata, po czym rozpocząłem eksplorację przyrodniczą. Po raz kolejny żałowałem, że moja wiedza botaniczna jest na skandalicznie niskim poziomie, gdyż szata roślinna parku prezentowała się bardzo efektownie, zwłaszcza w promieniach intensywnie świecącego słońca (co jednak nie zmieniało faktu, że było przejmująco zimno, głównie za sprawą lodowatego wiatru). Widok zarośli opuncji czy owocujących drzew cytrusowych nie pozostawiał wątpliwości, w jakiej strefie klimatycznej się znajduję. We właściwym przekonaniu utwierdziła mnie najciekawsza tego dnia obserwacja, czyli widziany przez kilkanaście sekund samiec pokrzewki aksamitnej. Poza nim widziane ptaki raczej nie podniosą ciśnienia żadnemu polskiemu ptasiarzowi – kapturki, pleszki, kopciuszki, szpaki, kosy, grzywacze, wróble, bogatki, modraszki, rudzik i grupka czarnobrewych raniuszków. Po zwiedzeniu parku wszedłem sobie jeszcze na górujące nad nim bezleśne wzgórze, gdzie chciało mi urwać głowę. Warto było jednak zmierzyć się z szalejącym wiatrem dla roztaczającej się stamtąd cudownej panoramy obejmującej miasto, morze, a także majaczące daleko na horyzoncie ośnieżone szczyty gór. Schodząc trafiłem w kilku miejscach na żerujące wśród pinii czubatki, a także na sporą (ok. 30-40 os.) grupę mnich żerujących wspólnie z gołębiami.

Po zaspokojeniu głodu na mieście zajrzałem po raz kolejny w rejon Montjuïc. Tu spotkałem sporo pleszek i kopciuszków (chyba jakiś przelot), był też kulczyk, szpaki, zięby, pliszki siwe, rudzik, sierpówki i sroki. Podczas przechodzenia obok imponującego Palau Nacional usłyszałem dźwięk, który w pierwszym momencie wziąłem za dziecięcą zabawkę, jednak okazał się on głosem wydawanym przez dwójkę przelatujących aleksandrett obrożnych – kolejnego gatunku na liście moich życiowych nowości.

14.lutego 2010

Dwa dni zostały zagospodarowane na cele towarzyskie – 12 lutego przesiedzieliśmy cały dzień w domu, oszczędzając siły na wieczór. Ponieważ mój znajomy mieszka pod Barceloną, o 7 wieczorem wyszliśmy na pociąg. Wróciliśmy niemal równe 12 godzin później. Było to dwanaście bardzo miłych godzin spędzonych w towarzystwie przyjaciół Dariusa. Początkowo niewielką grupką udaliśmy się na przepyszną kolację (podczas której przekonałem się, że panierowany kalmar nie jest wcale taki zły, a wręcz ma całkiem wysokie walory smakowe), co sprzyjało przechodzeniu od czasu do czasu na angielski. Potem ekipa się rozrosła, rozpoczęliśmy niespieszny obchód knajpek na starym mieście, a dyskusje toczyły się już niemal wyłącznie po katalońsku, więc wiele z nich nie wyciągnąłem – co absolutnie nie zmienia faktu, że było bardzo miło.

12 lutego nie zebraliśmy najwyraźniej odpowiednio wiele siły, bo dzień później zwlekliśmy się z łóżek około drugiej po południu i o żadnych bardziej ambitnych przyrodniczo planach raczej nie było mowy.

Ostatni dzień mego pobytu w Katalonii spędziłem w dużej mierze na łonie przyrody. Najpierw pojechaliśmy z Dariusem na sąsiadujące z miejscowością, gdzie mieszkaliśmy (Terrassa) wzgórza w L’Obac. Miejsce było bardzo malownicze, zalesione, ale miejscami z terenami otwartymi umożliwiającymi podziwianie okolicy. Na początku wycieczki dostrzegłem dużego brązowego sokoła, jednak widziałem go od tyłu i poza tym trudno mi cokolwiek o nim więcej powiedzieć. Odleciał w kierunku fantazyjnie wyglądającej skały, która podobno była kiedyś siedzibą grasujących po okolicy zbójców. Tych już nie ma, za to są dziki, które udało nam się zobaczyć ze ścieżki nad zakrzaczoną polaną. Ptaki niespecjalnie dopisały, ale zestaw był sympatyczny: czubatki, czarnobrewe raniuszki, rudziki, kosy, odzywające się kowaliki i dzięcioły duże, sójki, zięby, któryś z pełzaczy (w tym miejscu chyba mogą się trafiać leśne), kruki i bogatki.

Po powrocie i obfitym obiedzie w towarzystwie rodziny i przyjaciół mojego znajomego musiałem się niestety spakować w drogę powrotną, ale przed odjazdem na lotnisko pojechaliśmy jeszcze do rezerwatu koło miejscowości El Prat de Llobregat, u ujścia rzeki Llobregat. Słońce już powoli zachodziło, ale światło pozwalało jeszcze co nieco zobaczyć. Rezerwat znajduje się bardzo blisko barcelońskiego portu lotniczego, leżącego ok. 13 km od samego miasta. Wyznaczono tam ścieżki przyrodnicze i zbudowano ukrycia dla obserwatorów, jednak część obszaru jest dostępna dla zwiedzających tylko w godzinach od 9 do 17, a my byliśmy koło 18. Mimo to przeszliśmy się kawałek i był to bardzo owocny kawałek. Już na początku dostrzegłem przelatujące stado szpaków liczące około 400 osobników. Potem na niebie co chwila coś przemykało – a to kormoran, a to stadko oharów, grupa czapli białych czy krzyżówek. Wzdłuż kanałów, na których żerowały kokoszki, rosły wysokie rośliny (liczące na oko co najmniej 3 m), w rejonie których trzymały się kląskawki. Udało się dopisać do listy też zimorodka, a chwila spędzona przy płocie uniemożliwiającym dalszą wędrówkę zaowocowała dwoma błotniakami stawowymi. W drodze powrotnej zaskoczył mnie widok pliszki górskiej nad niewielkim, powolnie płynącym ciekiem wodnym. Ojciec mojego znajomego, dzięki któremu mieliśmy możliwość odwiedzenia ujścia Llobregat, zapowiedział, że przy mojej następnej wizycie zorganizuje wypad w ujście Ebro, gdzie jest znacznie ciekawiej. I jak tu nie pokochać Południa?

PS. Pewnie tego nie przeczytają, ale chciałbym ogromnie podziękować Dariusowi Rudzie i całej jego przesympatycznej rodzinie za wspaniałą gościnę i okazaną mi podczas pobytu pomoc. Spotkanie z nimi uważam za jeden z największych plusów tego wyjazdu.

Antoni Marczewski

Komentarze

Awatarradiotracking spain
Arkadiusz Broniarek

25.02.2010 19:22:06widzę ze wyjazd się udał :)
może następnym razem bardziej na południe Hiszpanii?

AwatarMatys
Mateusz Matysiak

26.02.2010 20:04:25Antek, świetnie, masz dar do ciekawych relacji. Z dużą przyjemnością je czytam!

AwatarKrystian Z.
Krystian Zwoliński

28.02.2010 11:22:10No piękna relacja Antek! Wróciły mi wspomnienia z pobytu w tym pięknym kraju. I znów pomyślałem o powrocie w tamte rejony :)

AwatarHanna
Hanna Żelichowska

11.03.2010 23:38:54Fantastyczne doznana! Jaka długa lista ptaków spotkanych w czasie tego pobytu. I świetnie, obrazowo opisane. Życzę Ci Antku następnych, równie udanych!

Dodaj komentarz

Dostęp do tej części strony wymaga zalogowania.
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się »