Salton Sea powstało w depresji pustyni Sonora w 1907 roku. Na terenie tym już w XIX wieku eksploatowano sól po wyschniętym prehistorycznym jeziorze Cahuilla oraz prowadzono intensywną produkcję rolną na nawadnianych wodami rzeki Kolorado terenach Imperial Valley. Błędy konstrukcyjne systemu irygacyjnego i wielkie opady w górnym biegu rzeki doprowadziły do katastrofy, w wyniku której wielka ilość wód niesionych przez Kolorado w latach 1905–1907 utworzyła jezioro o długości 70 km i szerokości 15 km. W latach 50. dwudziestego wieku zaczęto wykorzystywać rekreacyjnie powstały zbiornik, tworząc ośrodki, infrastrukturę sportową a nawet powstało miasto o nazwie Salton. Sielanka trwała do 1976 roku, kiedy to szalejący tajfun Kathleen, a w 1977 roku tajfun Doreen dokonały spustoszeń i spowodowały napływ wielkiej wody z akweduktów.

Fot 1. Nieczynny motel nad Salton Sea
Zniszczenia i rozpętana kampania przeciwników rozwoju Salton (pisano o napływie nieczystości z Meksyku), doprowadziły do upadku otoczenia jeziora. Dodatkowo intensyfikacja produkcji rolniczej w Imperial Valley (coraz mniejszy dopływ słodkiej wody) i duże odparowanie, powodują dalszą degradację zbiornika. Co roku padają miliony tilapii i sporo odżywiających się nimi ptaków, ale biotop jeszcze trwa.

Fot. 2. Ptactwo nad Salton Sea
Fot. 3. Szczydłaki białobrewe, mewy kalifornijskie i rybitwy czarnouche na Salton Sea
Wobec prowadzonych prac osuszających bagna w okolicach San Diego, Salton Sea stało się głównym miejscem odpoczynku przelotnych ptaków zachodniej części Ameryki Północnej. Zaobserwowano tutaj łącznie z terenami uprawnymi Imperial Valley – 380 gatunków ptaków. Tutaj przebywa 80% światowej populacji pelikana dzioborogiego. Ta wiedza „zmusiła” nas do odwiedzenia tego zakątku. Byliśmy tam tylko dwie godziny .Warto było! Połowa maja, a upał 42 st. C. Rudery opuszczonych moteli, restauracji, placów zabaw i pomostów. Kiedy byliśmy blisko brzegu jeziora, to powitał nas przelot trzech pelikanów dzioborogich (Pelecanus erythrorhynchos).

Fot. 4. Defilada pelikanów dzioborogich

Fot. 5. Nur lodowiec

Fot. 6. Czapla zielona

Fot. 7. Czapla modra
Potem było ich więcej. W byłym basenie portu jachtowego „czekały na nas” dwie czaple zielone (Butorides virescens), kilkanaście zauszników (Podiceps nigricollis), wilgowron meksykański (Quiscalus mexicanus). Spacer brzegiem pozwolił zaobserwować jeszcze lodowca (Gavia immer), czaple śnieżne (Egretta thula), szlahary (Mergus serrator), parę kapturników (Lophodytes cucullatus), sieweczki krzykliwe (Chatradrius vociferus), brodźca plamistego (Actitis macura), szczudłaki białobrewe (Himantopus mexicanus), mewy kanadyjskie (Larus philadelphia), mewy kalifornijskie (Larus californicus) i rybitwy czarnouche (Sterna forsteri).

Fot. 8. Para kapturników

Fot. 9. Sieweczka krzykliwa i martwe tilapie

Fot. 10. Szczudłaki białobrewe
Przybrzeżne krzewy oblatywały koliberki żarogłowe (Calypte annas).

Fot. 11. Koliberek żarogłowy
Żal było wracać! Noc jednak nadciągała.
Następnego dnia rano ruszyliśmy w daleką drogę do Kanionu. Po drodze czekało nas kilka dodatkowych atrakcji. Najpierw długa jazda autostradą przez pustynię Mojave i obserwacja na niej zadymki piaskowej, potem duży obszar upraw rolniczych, istniejących dzięki wodzie doprowadzanej kanałami z rzeki Kolorado, no i pierwszy z nią kontakt. Szeroka, leniwa rzeka. Tu obserwowaliśmy liczne sępniki różowogłowe (Cathartes aura). Jadąc dalej w górę rzeki, po przejechaniu na jej lewy brzeg, znaleźliśmy się w Arizonie. Zjeżdżamy na kultową, historyczną drogę „66” wiodącą przez Góry Czarne pierwszych osadników na zachodnie wybrzeże.

Fot. 12. Kultowa droga 66
Docieramy do miasteczka Oatman w tychże górach, gdzie wcześniej dotarli poszukiwacze złota i srebra. Dzisiaj po mieścinie chodzą osły karmione przez turystów marchewką. Klimat jednak pozostał, bo zabudowa nie zmieniła się chyba od XIX wieku. Sama droga przez góry bardzo malownicza, kręta, miejscami ryzykowna, bez barier i z łataną nawierzchnią. Dalsza podróż już po płaskim terenie Wyżyny Kolorado ze sterczącymi stożkami wygasłych wulkanów - najwyższym Sanset Crater - 3 851 m. n. p. m.

Fot. 13. Autostradą nr 40 w stonę Kanionu
Nad południową krawędź Wielkiego Kanionu dotarliśmy 20 minut przed zachodem słońca. Zdążyliśmy!!! To był szok, zdumienie, zachwyt, radość, szczęście, ogrom, potęga natury i feria zmieniających się barw i cieni. Mimo wielokrotnego oglądania Kanionu w kinie i telewizji rzeczywistość okazała się inna – potężniejsza. Nie będziemy silić się na opisanie nieopisywalnego. Tylko kilka danych geologicznych i geograficznych.

Fot. 14. Przed zachodem w Wielkim Kanionie Kolorado

Fot. 15. Przed zachodem w Wielkim Kanionie Kolorado

Fot. 16. Przed zachodem w Wielkim Kanionie Kolorado

Fot. 17. Przed zachodem w Wielkim Kanionie Kolorado
Wielki Kanion powstaje od ok. 10 mln lat. Najgłębsze jego warstwy sięgają 2.mld lat, najmłodsze wapienie 220.mln lat, a pozostałości po działalności wulkanicznej 2,5–1.mln. Początek dały mu pradawne rzeki Kolorado i Hualapo, które dzięki erozji wstecznej połączyły się i wody rzeki Hualapo przejęła obecna Kolorado. Południowa krawędź Kanionu w Kanion Village wznosi się na wysokość 2350 m. Rzeka płynie 1600 m niżej. Do krawędzi północnej w prostej linii jest 19 km, a drogą 322 km. W najszerszym miejscu Kanion ma 29 km, a jego długość to 433 km od zapory Glen do jeziora Mead, utworzonego przez zaporę Hoover’a. Procesy erozyjne przebiegają tutaj wolno ze względu na suchy klimat. Przy korycie rzeki latem temperatura sięga 48 st.C, a opady roczne jedynie 100 mm.

Fot. 18. Wschód w Wielkim Kanionie Kolorado

Fot. 19. Kilka chwil odpoczynku w schronisku przy kawusi (fot. Roma Bartuzi-Stecei)
Kanion można oglądać za opłatą z samolotu lub helikoptera. Natomiast w dół prowadzą dwie ścieżki. Schodzi się około 4 godziny, a wraca 8. Można skorzystać z transportu na mułach. Droga jest trudna i nie zaleca się pokonywania jej w jednym dniu. Przy rzece znajduje się kompleks schronisk, w których z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem można zamówić noclegi. Nie należy wybierać się bez zapasu wody, kilkadziesiąt osób lekkomyślność przypłaciło życiem. My nie planowaliśmy ani lotu ani zejścia do rzeki.

Fot. 20. Kanion w południe

Fot. 21. Rzeka Kolorado

Fot. 22. Angel Trial - ścieżka na dno

Fot. 23. Muły czekają na turystów
Następnego dnia wstaliśmy przed godziną 5.00 , żeby podziwiać wschód słońca, zmieniające się barwy, cienie i mgły w miarę podnoszenia się naszej gwiazdy. Jeszcze o świtaniu przy sztucznym oświetleniu wokół hotelu na trawniku oglądaliśmy uwijające się kacykarze purpurowe (Euphagus cyanocephalus), [potem obserwowaliśmy je wielokrotnie], były też kowaliki karolińskie (Sitta carolinansis), dzięcioły włochate (Picoides villosus), śpiewające, kolorowe błękitniki meksykańskie (Sialia mexiana) i modrosójki czarnogłowe (Cyanocitta stelleri). Dużo hałasu robiły godujące kruki (Corvus corax).

Fot. 24. Błękitnik meksykański

Fot. 25. Kacykarz purpurowy

Fot. 26. Modrosójka czarnogłowa

Fot. 27. Kruk ciastkożerca
No ale w osłupienie wprawiły nas kondory kalifornijskie (Gymnogyps californianus). Te ptaki o rozpiętości 320 cm wprowadzają w zachwyt chyba każdego ptakoluba, a i ornitologa też, tymbardziej, że na wolności żyją jedynie 132 osobniki tego gatunku, z czego w Wielkim Kanionie 30. My widzieliśmy co najmniej 4.

Fot. 28. Marzenie każdego ptakoluba – kondor kalifornijski

Fot. 29. Na tle ścian Kanionu
Kondory kalifornijskie to, obok kondorów andyjskich, ptaki o największej rozpiętości skrzydeł. Żyją do 50 lat. Dojrzałe do rozrodu są w wieku 6. lat. W naturze składają 1. jajo, nie corocznie. W pary łączą się trwale. Odżywiają się tylko padliną dużych ssaków. Tych kilka cech oraz zanieczyszczenie środowiska przez rolnictwo i polowanie na nie, stało się powodem do tego, że w 1987 roku pozostało na wolności 8 osobników. Podjęto decyzję o ich odłowieniu i hodowli, najpierw w ZOO w San Diego, a potem jeszcze w Los Angeles. Dzięki pracy naukowców już w 1991 roku wypuszczono pierwsze ptaki w górach Kalifornii, a w 1996 w okolicach Wielkiego Kanionu. Wszystkie ptaki są znakowane.

Fot. 30. Młody oznakowany kondor

Fot. 31. Dwa na półce
Widzieliśmy cztery gatunki ssaków: pręgowce (Tamias dorsalis), zajęczaki (Sylullagus nuttallii), wiewiórki skalne (Spermophilus variegatus) i wapiti (Cervus canadensis) oraz pięknie kwitnące wiosenne kwiaty.

Fot. 32. Pręgowiec Tamias dorsalis

Fot. 33. Zajęczak Sylullagus nuttallii

Fot. 34. Wapiti Cervus canadiensis
Wracaliśmy do Palm Springs innymi drogami przez te same tereny. Zadziwiło nas, rosnące na pustyni, drzewo tamaryszka - obwieszone butami. Stało kilkadziesiąt kilometrów od wszelkich siedzib ludzkich. Nie znamy powodu, czy zwyczaju, któremu miałoby to służyć, jednak jego widok sprawił nam wiele radości.

Fot. 35. Pustynia Mojave

Fot. 35. Pustynia Mojave

Fot. 37. „Drzewo trzewikowe”
Wszystkim, którzy to czytają życzymy, aby mieli możliwość odbyć tak cudowną podróż.
Janka i Jurek Bartuzi
2.11.2009 10:30:41Fajnie napisane i ciekawe fotki...gratuluje:))
4.11.2009 12:03:48Bardzo ciekawa relacja i fajne zdjęcia-pozdrawiam
8.12.2009 19:02:01Przeczytałam i gratuluję wyprawy! Widzieliście piękne miejsca, mieliście niewyobrażalne doznania estetyczne - tylko pozazdrościć. Miło, że podzieliliście się z nami opisem i zdjęciami wielu nieznanych u nas gatunków ptaków i ssaków. Intrygujące "drzewo trzewikowe" ...
Nie byłam w tych miejscach, które opisujecie, ale znam trochę stany Teksas i Nevada, z pustynią i pięknymi, wielokolorowymi górami, widziałam też dzikie osły na pustyni, wiewiórki preriowe oraz wielkie kaktusy, również - te kwitnące. Mogę sobie nieco wyobrazić klimat miejsc, które zwiedzaliście. Wtedy jeszcze nie byłam birdwatcherem... Pozdrawiam serdecznie
Hanna
11.12.2009 0:04:12Gratuluję wyprawy i umiejętności podzielenia się swoimi wrażeniami. Z ptaszków ,najbardziej podoba mi się modrosójka czarnogłowa.Niewiele jest chyba ptaków , których nazwa w pełni opisuje ich wygląd :)