Wśród stepów Mongolii: 14-28.08.2009

Wyprawę do Mongolii planowaliśmy od dawna. Płynąca w zachodniej części tego kraju rzeka Kerulen wydawała się nam idealna do śledzenia tras migracji ptaków wodnych. Wyjazd wpasowywał się w ogólną koncepcję ekspedycji naukowych, polegających na spływaniu kajakami i liczeniu ptaków w korytach dużych rzek Palearktyki. Mając za sobą spływy Wołgą, Wisłą, Eufratem, Loarą, Padem i Obem, dojrzeliśmy w końcu, aby wybrać się w mniej cywilizowane regiony Azji. Wyjechaliśmy w sprawdzonej i zgranej ekipie: Artur Goławski, Zbyszek Kasprzykowski, Czarek Mitrus i Tomek Stański.

Postanowiliśmy polecieć samolotem, najpierw z Warszawy do Moskwy, a następnie do Ułan Bator. Jak zwykle przy podróżach tranzytowych, głównym zmartwieniem był los bagaży. Przy przeładunku, nasze plecaki z pompowanymi kajakami mogły polecieć w innym kierunku i wtedy „nici” ze spływu. Okazało się jednak, że nasze obawy były płonne i w efekcie szczęśliwie, po pokonaniu 6 stref czasowych, wylądowaliśmy w stolicy Mongolii. Dzięki nawiązanym w samolocie znajomościom, dość sprawnie wynajęliśmy samochód, wymieniliśmy dolary na tugriki (waluta mongolska), zaopatrzyliśmy się w prowiant i ruszyliśmy ku ustalonemu wcześniej z mapy punktowi startu. Była nim miejscowość pojawiająca się w dwóch nazwach: Zawhlant lub z lekka po słowiańsku – Bajanowoo. Nasz kierowca nie miał żadnej mapy ani atlasu samochodowego (normalne w Mongolii) i jechał w dużym stopniu na „czuja”. Im dalej oddalaliśmy się od Ułan Bator, tym drogi stawały się coraz gorsze. Pod koniec jazdy drogi rangi naszych dróg powiatowych wyglądały jak drogi polne. Dodatkowo kierowca zjeżdżał z kolein w dziki step, jak tylko zobaczył jakiegoś człowiek lub jurtę. Po krótkim zagajeniu, zaczepieni ludzie wskazywali ręką gdzieś w bezkresny step. To był mniej więcej nasz kierunek jazdy.

Po kilku godzinach tułaczki po bezdrożach od jurty do jurty, zobaczyliśmy w oddali dachy domów Bajanowa. Rozbiliśmy się przy rzece przed miejscowością i od razu zobaczyliśmy nowe gatunki: dzierzbę pustynną Lanius isabellinus i dzierzbę brązową Lanius cristatus. Za dobrą wróżbę uznaliśmy pojawienie się szczudłaków Himantopus himantopus, szablodzioba Recurvirostra avosetta i kazarek rdzawych Tadorna feruginea.

Nasze oczekiwania faktycznie spełniły się, gdyż podczas następnych dni spływu dolina Kerulenu zachwycała nas bogactwem gatunkowym ptaków, różnorodnością krajobrazów i przyjaznym nastawieniem nomadów. Wybrany przez nas odcinek rzeki między dużymi miejscowościami (o randze województw) Ondorchaan i Czojbalsan był dość zróżnicowany. W niektórych miejscach dolina z kilkoma odnogami koryta swobodnie przechodziła w step, a w niektórych rzeka przebijała się przez pasma wzgórz. 

Dosłownie za każdym zakrętem mogliśmy spodziewać się czegoś ciekawego. Poza różnymi gatunkami ptaków były to stada koni, kóz, owiec, krów i wielbłądów oraz Mongołowie w czasie swoich codziennych czynności. Dzika przyroda, udomowione zwierzęta i sami ludzie egzystowali w swoistej harmonii, nadając tej fascynującej krainie niespotykany chyba nigdzie indziej na świecie urok.

Celem naszej ekspedycji było zwrócenie uwagi przede wszystkim na migrujące ptaki wodne. Oprócz powszechnie widywanych w Polsce gatunków siewek udało na się zobaczyć terekię Xenus cinereus, siewkę złotawą Pluvialis fulva i super rzadkości: kulika syberyjskiego Numenius madagascariensis i kulika krótkodziobego Numenius minutus. Dość duży udział stanowiły blaszkodziobe, a wśród nich notowaliśmy gęsi łabędzionose Anas cygnoides i łabędzie krzykliwe Cygnus cygnus.

Poza często spotykanym żurawiem stepowym Anthropoides virgo, udało nam się wypatrzeć żurawia białoszyjego Grus vipio.

Do wodopojów, z których korzystały stada zwierząt domowych przylatywały również ptaki nie związane bezpośrednio ze środowiskiem wodnym: pustynniki Syrrhaptes paradoxus i gołębie górskie Columba rupestris.

Całość dopełniały wyjątkowo liczne i mało płochliwe orły stepowe Aquila nipalensis, kurhanniki Buteo rufinus i rarogi Falco cherrug. Świat drapieżników dodatkowo wzbogacały rzadziej widywane myszołowy mongolskie Buteo hemilasius, sępy kasztanowate Aegypius monachus i niezwykle kontrastowo ubarwione błotniaki czarnogłowe Circus melanoleucos oraz kobczyki amurskie Falco amurensis. Lekkim zaskoczeniem były dla nas kilkukrotne obserwacje puchaczy Bubo bubo, z wyjątkowo bliskiej odległości i w ciągu dnia.

Orientalne „klimaty” podkreślane były w czasie kontaktów z Mongołami. Wybrana przez nas wschodnia cześć kraju nie należała do atrakcyjnych turystycznie. Dlatego też, najczęściej konno odwiedzający nas „dżygici” byli w wyraźnym szoku. Przy często zupełnym braku możliwości zrozumienia zupełnie obcych brzmieniowo słów, wypowiadanych przez każdą ze stron, pierwsze kontakty przypominały „bliskie spotkania 3-go stopnia”.

Zwykle jednak po jakimś czasie nasza składnia, kalecząca mongolskie słowa zaczerpnięte z przewodnika, przynosiła efekt w postaci kiwania głowy autochtona, nie do końca przekonanego o co chodzi. Każda ze strony powoli przystępowała do oceny strony przeciwnej. Mongołowie interesowali się naszymi kajakami i turystycznym ekwipunkiem, zapewnie po raz pierwszy widzianymi. My z kolei przystępowaliśmy do „strzelania fotek”, na które nomadzi chętnie przystawali.

Z każdą minutą rozumieliśmy się coraz lepiej, co w końcu owocowało wymianą gadżetów zabranych specjalnie z Polski oraz produktów żywieniowych ze strony autochtonów. Mogliśmy w ten sposób poznać walory smakowe niektórych potraw. W pamięci naszych kubków smakowych pozostały twarde krążki serów suszonych na słońcu „aaruul” (nazwane przez nas mongolskimi chipsami) oraz potrawa składająca się z grubego korzucha mleka polanego śmietaną „orom” (przez nas określona jako fluki). Oczywiście próbowaliśmy też „ichniejszej” herbaty, zwanej po mongolsku „cee”. Była to jednorodna substancja barwy beżowej, na którą składała się woda z rzeki (w której nierzadko płynęły odchody końskie), esencja zielonej herbaty (dodawanej poprzez kilkukrotne zamaczanie zawartości starej pończochy), 2 łyżki wazowe mleka (chyba krowiego), sól (zamiast cukru) oraz niewielka ilość tłuszczu zwierzęcego (chyba baraniego).

Po spróbowaniu kilku łyków, tylko niewiele naszych komórek doznaniowych w mózgu znajdowało podobieństwo z typowo polską odmianą naparu herbacianego. Zdecydowana większość neuronów kierowała nasze wrażenia na ścieżkę smakową mogącą określać wypicie płynu powstałego po wyciśnięciu ścierki, którą starto rozlane mleko. Jednakże pomimo naszego zmanierowanego przez zachodnią cywilizację smaku, świadomi jesteśmy znaczenia tego płynu w trudnych warunkach. Z pewnością gorąca czarka „cee” wypita w zimowy wieczór, daje duże uczucie przyjemności Mongołowi, spędzającemu cały zimny (po mongolsku „chujten”) dzień na stepie. Niezaprzeczalnie dla ludów pasterskich duże znaczenie mają także potrawy mięsne. Jak zdołaliśmy się przekonać, stołując się w barach i zajazdach, w Mongolii dominują stosunkowo tanie dania z baraniny. Jest to gotowana lub smażona baranina z dodatkiem ryżu („budaataj”), baranina przemieszana z makaronem („cujwan”), pierogi („budz”) i placki („chuuszuur”) nadziewane smażoną cebulą i baraniną czy nawet zupa mleczna z zacierkami i pływającymi kawałkami baraniny na śniadanie. Osoby pozostające na diecie owocowo-warzywnej mogą więc mieć w Mongolii powody do narzekań.

W czasie spływu oraz dzień po dotarciu do Czojbaslanu organizowaliśmy sobie wypady w „szeroki step”. Licznie spotykaliśmy kalandry mongolskie Melanocorypha mongolica i skowrończyki krótkopalcowe Calandrella brachydactyla. Udało nam się dobrze obserwować i w końcu prawidłowo oznaczyć kilka razy widziane w locie sieweczki stepowe Charadrius veredus. Poza doliną rzeczną ptaki skupiały się przede wszystkim przy niewyschniętych jeszcze jeziorach.

Nasyciwszy się stepem, postanowiliśmy ostatnie dni wyprawy poświęcić na krótką wycieczkę w góry przy Ułan Bator. Ażeby tam się dostać musieliśmy pokonać „jedynie” 660 km z Czojbalsanu. Od samego początku przejażdżka ta obfitowała w niezapomniane wrażenia. Zamiast autobusów, trasę do stolicy przemierzają tzw. furgony. Są to małe busy produkcji koreańskiej, bądź postradzieckie uazy typu van, nazywane przez nas „rumplami”. Największe nasze zdziwienie wzbudził fakt, że furgony oferujące fabrycznie 12 miejsc siedzących, zajmowane są w praktyce przez 19 osób wraz z bagażami. Dobieranie miejsca odbywało się w ogólnym rozgardiaszu, połączonym w naszym przypadku z podszczypywaniem w tyłek przez kierowcę. Zapakowani jak ogórki konserwowe w słoiku z zalewą octową mieliśmy 14-godzinną wizję podróży. Na pocieszenie słuchaliśmy rzewnych, gardłowych pieśni mongolskich, serwowanych przez kierowcę. Jednak brawurowa jazda po wertepach miała więcej niezbyt przyjemnych stron. Niektórzy pasażerowie (na szczęście nie my!) musieli salwować się szybkim wypróżnianiem żołądka. Niedawno zjedzone cujwany w szybkim odruchu torsyjnym lądowały za otwieraną szybą furgonu, a odbywało się to bez zmniejszania szybkości pojazdu. Ponadto, tak jak przewidywaliśmy, nasz „krążownik” złapał gumę i dodatkowo nastąpił wyciek paliwa. Na szczęście kierowcy w Mongolii często sobie pomagają i dzięki użyczeniu niezbędnych przedmiotów (2 tubki z klejem) od innego kierowcy, mogliśmy pojechać dalej. 

Po odespaniu trudów podróży w średniej jakości hotelu, następnego dnia wyruszyliśmy do pobliskiego obszaru chronionego, obejmującego góry Chentin. Udało się nam wynająć dobry samochód terenowy, więc byliśmy spokojni o dalszą drogę. Góry, do których zajechaliśmy, okazały się dość malownicze. Szczyty dochodziły do 2000 m npm.

Ptaków było znacznie mniej niż nad Kerulenem. Widzieliśmy m.in. trznadle łąkowe Emberiza cioides i wrończyki Pyrrhocorax pyrrhocorax. Ze względu na brak ryb w lokalnej rzece, postanowiliśmy umilić sobie wieczorne ognisko potrawą, nie mniej oryginalną niż jedzenie mongolskie. Zamiast nadziewać na haczyk różnorodnego gatunku pasikoniki, jako przynętę dla ryb, wrzuciliśmy je na głęboki tłuszcz. Smakowały całkiem nieźle, zwłaszcza jako przekąska do mongolskiej wody ognistej.

Ostatni dzień spędziliśmy w stolicy Mongolii, powszechnie uznawanej za najzimniejszą i najbrzydszą na świecie, co pozostaje w zgodzie z naszymi odczuciami. W sumie najciekawszą rzeczą wartą odwiedzenia jest buddyjski klasztor Gandan.

Do Polski wracaliśmy pełni wrażeń i z dużym bagażem bardzo ciekawych obserwacji ornitologicznych. Dwa tygodnie to zdecydowanie za krótko, by zobaczyć choćby tylko część walorów (przyrodniczych i etnograficznych) oferowanych przez Mongolię. Wysokie góry za zachodzie kraju ze sławnym jeziorem Chubsuguł czy pustynia Gobi na południu, to niepoznane przez nas „osobne bajki”. Niedosyt widoków i doznań już teraz wywołuje w nas chęć powrotu w tamtejsze strony.

Tekst:
Zbigniew Kasprzykowski

Zdjęcia:
Artur Goławski, Zbigniew Kasprzykowski

Komentarze

AwatarMatys
Mateusz Matysiak

5.09.2009 14:35:01Nooo Panowie! To jest to co tygrysy lubią najbardziej:) Szczerze zazdroszczę prawdziwie dziewiczej wyprawy i tych pięknych i niepłochliwych ptaków! I kiedy ja to wszystko zdążę zobaczyć???:)

Awatarszybszy
Marcin Wierzbicki

5.09.2009 22:10:51Brawo ! Dzięki za bardzo dobrą relację, poczułem się jakbym tam był :)

AwatarBajer
Jerzy Bartuzi

6.09.2009 13:42:57Zazdroszczę obserwacji i widoków, nie zazdroszczę kuchni. Dzięki za barwny opis wyprawy, no i za foty!

AwatarDuczy
Bartłomiej Duczmal

7.09.2009 9:40:05Ciekawa wyprawa i relacja zachęcająca do owiedzin mongolskiej części Azji, ...no może poza tamtejszą "kuchnią" ; )

Awatarroboptak
Robert Kaczmarek

9.09.2009 8:45:57Fascynująca wyprawa. Gratuluje!

Awatarzbykas
Zbigniew Kasprzykowski

9.09.2009 11:58:53Dzięki za komentarze. Naprawdę zachecam do odwiedzenia Mongolii. Świetna kraina dla ornitologów. Ptaki mało płochliwe i w dużej liczbie. Szczególnie sporo drapieżników. A jedzenia mongolskiego trzeba koniecznie spróbować, bo to kwintesencja tego kraju.

AwatarAntoni Marczewski
Antoni Marczewski

18.09.2009 22:48:45Relacja świetna. Opis mongolskiej herbaty może nie zachęca do degustacji, ale już te dania zajazdowe wyglądają naprawdę interesująco :)

AwatarHanna
Hanna Żelichowska

25.09.2009 22:15:00Świetna relacja - zachęca do odwiedzin tego niezwykłego kraju, a na dodatek - ptaki! Świetne zdjęcia i ciekawy reportaż. Gratuluję!

Awatarkejtson
Kasia

3.10.2009 23:26:34gratuluję! świetna wyprawa.

Dla odmiany polecam strone kolegi wlaśnie odbywającego podróz dookola świata, na której również znajdziecie ciekawe gatunki ptaków. www.ppozniak.pl

Awatarmaxiu
Maciej Buchalik

19.10.2009 21:52:25gratuluję fajnej i ciekawej wyprawy (zwłaszcza do podziwiania w pasudnie jesienne wieczory)!

Nie łudzę się jednak, że ,,zdążę" to wszystko zobaczyć, bo jest to przecież niemożliwe...;(

Awatarmichalk
Michał Kujawa

4.12.2009 21:17:18W 2002r z kolegą wybraliśy się do Mongolii lecz dla odmiany w jej wschodnią część a konkretnie na sam wschodni kraniec do rejonu Tavn Bogd. Celem był wspin na okoliczne 4 tysięczniki w tym najwyższy szczyt Mongolii Khujten-uul. Wyjazd był typowo alpinistyczny choć miałem oczywiście ze soba lornetkę ale różnie to było i często nie można było patrzeć dłużej na ptaki w trasie a idąc plecak lekki nie był i czasem sie nie chciało patrzeć na cokolwiek. Z ostatniego miasta w góry szliśmy 120km na piechote wzdłuż rzeki, parę gat zaobserwowałem ale bez rewelacji. Zastanawiałem sie czy by tu nie napisać może relacji bo może by komus sie przydało takie info ale to było dawno więc zrezygnowałem. Zaliczyłem tam 21 nowych gat. w tym np. bekas górski, kobczyk amurski, żuraw biaogłowy, śnieżka mongolska. Przygoda była niezła bo nie było mowy o wypożyczaniu aut, jechaliśmy z tubylcami ich "komunikacją" więc wszystko niepewne i na "partyzanta". Jadąc w tamtą strone nie jadłem za bardzo tego ich żarcia ale wracając wchodziło wszystko i było przepyszne. Mi tam to żarcie smakowało z małymi wyjątkami ;) A czaj to miód po prostu. To była niezła przygoda z kilkoma hardcorowymi wydarzeniami... Jak wyjeżdżaliśmy z Mongolii to szczerze mieliśy dosyć (miesiąc pobytu-tyle ile wiza+miesiąc przez Rosję i Ukr) ale teraz już planuje powrót do Tavn Bogd i na wspin i na ptaki.

Awatarmichalk
Michał Kujawa

4.12.2009 21:18:17Aaa i oczywiście gratuluje fajnego wyjazdu! I zazdroszcze tych gatunków których mi nie udało się trafić.

AwatarKuti
Emilia Kuternoga

6.08.2010 13:28:06taaaak ...moje chłopaki ;) pozdrawiam chłopcy :D !

Dodaj komentarz

Dostęp do tej części strony wymaga zalogowania.
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się »