Zmęczeni kapryśną pogodą tego lata, po wielu rozważaniach postanowiłem wraz z moją narzeczoną Kasią spędzić urlop w Afryce. Wybór padł na Egipt, gdyż z wiadomych względów wakacyjna aura jest tam gwarantowana. Po czterogodzinnym locie dość specyficznymi egipskimi liniami lotniczymi wylądowaliśmy na lotnisku w Hurghadzie.
Do hotelu położonego w starej części miasta (Dahar) dotarliśmy po kilkunasto minutowej „szaleńczej” przejażdżce miejscową taksówką. Niewielka sugestia rzucona recepcjoniście, poparta 10$ napiwkiem pozwoliła zająć nam przyjemny apartament z od dawna wyczekiwanym widokiem na Morze Czerwone. Jeszcze mały łyk 12 letniego single malta, który skutecznie chronił od czającej się na każdym kroku „klątwy faraona” i wakacje rozpoczęte.
Celem wyjazdu do słonecznego i gorącego Egiptu był raczej wypoczynek, ale nie byłbym sobą gdyby w mojej pierwszej wyprawie do Afryki nie towarzyszył mi mój sprzęt fotograficzny. Już pierwszego dnia ustaliłem z Kasią, że część urlopowego czasu spędzę na obserwacji i fotografowaniu miejscowej fauny, która tak bardzo mnie intrygowała.
Jeszcze przed wyjazdem z Polski otrzymałem kilka cennych informacji od życzliwych kolegów ptasiarzy, gdzie warto się rozglądać za tutejszymi ptakami. Już drugiego dnia pobytu podekscytowany udałem się na nadmorski rekonesans. Pierwsze spotkane ptaki to mewy białookie oraz rybitwy rzeczne, które dość często gościły na plaży.
.jpg)
Fot. Mewa białooka.
Jak się później okazało przyhotelowa plaża z niewielką przystanią dla jachtów była doskonałym miejscem do codziennych obserwacji ptaków, ryb, krabów i delfinów, które często podpływały blisko brzegu. Podczas całego pobytu spotkałem tam poza wcześniej wspomnianymi między innymi: rybołowa, czaple nadobne, czaple modronose, czaple złotawe, rybitwy wielkodziobe i rybitwy arabskie. Również w tym miejscu przeżyłem najbardziej ekscytującą obserwację z całego wyjazdu. Pewnego dnia wczesnym popołudniem, kołysząc się na słonych i dość spokojnych falach Morza Czerwonego niespełna 10 metrów nad moją głową przeleciał duży, ciemny ptak, poczym zniknął za portowym nabrzeżem. Obserwacja trwała zaledwie kilka sekund, ale odległość była na tyle niewielka, że gołym okiem można było dostrzec pewne cechy sylwetki i upierzenia tajemniczego wówczas gatunku. Byłem bardzo podekscytowany widokiem ale mimo zapisanych w pamięci kilku szczegółów nie do końca pewny co tak naprawdę widziałem. Po kilku dniach o wschodzie słońca, kiedy na plaży nie ma prawie ludzi, a poranne światło pozwala na zrobienie przyzwoitych fotografii udałem się znów na przyhotelową przystań. Tego dnia wiatr od morza wiał silniej niż zwykle, a słona woda z rozbitych o falochron fal permanentnie zalewała szkło mojego obiektywu. Niezniechęcony jednak wciąż wpatrywałem się w morze z nadzieją na ciekawą obserwację. Po niespełna 40 minutach od wschodu słońca nad przystań znów nadleciał spotkany wcześniej ptak. Nie czekając, mimo słabego jeszcze światła chwyciłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Ptak był naprawdę blisko, w jednej chwili wypełnił prawie cały kadr. Obserwacja ta zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przeglądając zdjęcia na wyświetlaczu mojej D 50-tki upewniłem się, że był to głuptak białobrzuchy. Jest to gatunek zamieszkujący tropikalne morskie wyspy i nieczęsto zdarza się obserwować go w strefie przybrzeżnej z odległości kilku metrów.

Fot. Głuptak białobrzuchy.

Fot. Czaple modronose.

Fot. Rybitwa wielkodzioba.
Trzeciego dnia naszego pobytu w Egipcie postanowiliśmy wybrać się na całodniowy rejs po Morzu Czerwonym, którego celem było nurkowanie na rafach koralowych zamieszkałych przez niezliczoną ilość „kolorowych” ryb. Mimo, że nurkowanie pośród ławic barwnych ryb z rodziny ustnikowatych, karbikowatych czy wielkich i kolorowych papugoryb robi wielkie i niezapomniane wrażenie to jednak ja nie mogłem doczekać się wizyty na wyspie Giftun.

Fot. Wyspa Giftun.

Fot. Mewy białookie i mewa przydymiona.

Fot. Mewa przydymiona.


Fot. Krab.
Miałem nadzieje, że spotkam tam również ciekawe gatunki ptaków i zrobię kilka zdjęć, pomimo bezlitośnie ostrego światła, nie „filtrowanego” nawet najmniejszym obłoczkiem. Po dotarciu na wyspę chyboczącą się niewielką krypą, zwaną tam „taksówką wodną” wyszliśmy na piaszczystą plażę. Ciemnoskóry przewodnik, o mało arabskim imieniu „Misza” poinformował nas, że wypoczywać można wyłącznie na wyznaczonej (przygotowanej dla turystów) piaszczystej części wyspy. Jednak po krótkiej rozmowie w łamanym języku rosyjskim z tamtejszym „pilnowaczem” udało mi się wejść na zamkniętą dla turystów część wyspy zwanej również „Paradise”. Po pachy w wodzie dotarłem do upatrzonych wcześniej ze statku skalistych nawisów, na których wygrzewały się mewy białookie oraz mewy przydymione. Zachwycony widokiem oraz głosem wydawanym przez dużego dorosłego osobnika rozpocząłem gimnastykę fotograficzną, utrudnianą przez niemiłosiernie świecące słońce, które akurat znalazło się w zenicie. Mimo niesprzyjających warunków i niestety dość krótkiego czasu udało mi się uwiecznić kilka obserwowanych ptaków.

Fot. Mewa białooka.

Fot. Rybitwa bengalska.
Trzygodzinny powrót do Hurghady naszym statkiem o finezyjnej nazwie „Prince Mosleh” miał uświetnić postój na nurkowanie w miejscu zwanym „Dolphin House”. Nazwa jednak nie do końca się sprawdziła, ponieważ po delfinach ani śladu, a i rafa koralowa raczej marna.
W drodze powrotnej często towarzyszyły nam mewy białookie, które chętnie pozowały przed moim obiektywem.
Błogie lenistwo i ładowanie własnych baterii na plaży czy hotelowym basenie staraliśmy się urozmaicać wszelkimi możliwymi wycieczkami. Podczas kilkugodzinnego quad-safari na upalnej Saharze i wizyty w wiosce Beduinów niestety poza wielbłądami, kozami i gołębiami nie udało nam się zaobserwować żadnych zwierząt.
Dziesiątego dnia pobytu, po długich wahaniach, nie do końca przekonani co do słuszności naszej decyzji, wybraliśmy się do oddalonego od Hurghady prawie o 500 km Kairu - stolicy i zarazem największego miasta Egiptu, a także Afryki. Celem wyprawy było „podziwianie” tysiąca reliktów starożytnej kultury, olbrzymiej aglomeracji miejskiej i wreszcie rozsławionych na całym Świecie piramid w Gizie. W związku z tym, że z Hurghady do Kairu wiedzie niespełna pięćset kilometrowa droga przez pustynię nasza wycieczka rozpoczęła się o 2.00 w nocy. W asyście miejscowego tajniaka z „kałasznikowem” pod marynarką ruszyliśmy w drogę. Po siedmiogodzinnej podróży dotarliśmy na miejsce, a dokładnie pod Muzeum Egipskie. Jest to dwupiętrowy neoklasycystyczny budynek, zaprojektowany przez Marcela Dourgnona w 1900 r. Na niewielkiej powierzchni zgromadzono dotychczas ok. 120 tysięcy przedmiotów: m.in. wyposażenia z grobowca faraona Tutenchamona, w tym jego słynną złotą maskę; kolekcję portretów fajumskich, królewskie mumie, posągi faraonów, ich żon oraz bogów i bogiń egipskich. Przed wejściem do muzeum potwierdziły się moje informacje, że do budynku nie można wnosić aparatów fotograficznych i kamer, czego wnikliwie pilnowali strażnicy wyposażeniu w rentgen. Po kilkunastu minutach, nasz egipski przewodnik przyniósł karton, chyba po chipsach z prośbą by w nim zdeponować cały sprzęt fotograficzny. Mój plecak wypchany sprzętem po brzegi niestety się w nim nie zmieścił; ). Nie zrażony faktem, że póki co muszę zostać w muzealnym ogrodzie postanowiłem skierować swoją uwagę na licznie rosnące tam palmy, a zwłaszcza na to co na nich siedziało. Poza egipskim ogrodnikiem ścinającym palmowe liście udało mi się sfotografować bilbila ogrodowego.

Fot. Egipski ogrodnik.

Fot. Bilbil ogrodowy.
Dzięki wspaniałomyślności Kasi, która przyszła z odsieczą i zaopiekowała się moim ciężkim „computreckerem” udało mi się w przyspieszonym tempie zwiedzić ciekawszą część muzeum. Musze przyznać, że eksponaty robią ogromne wrażenie.
Kolejnym etapem naszej wycieczki był krótki półgodzinny rejs po Nilu. Gondola prowadzona przez arabskiego sternika, który nieustannie dawał upust swoim muzycznym fantazjom dość szybko przemykała przy nabrzeżach rzeki, jednak mimo to udało mi się wypatrzeć polującego nad wodą rybaczka pstrokatego oraz liczne stadka czapli złotawych latające wzdłuż Nilu.

Fot. Rybaczek srokaty.

Fot. Czaple złotawe.

Fot. Moja skromna osoba podczas rejsu po Nilu (fot. Kasia Gójska).
Po dwóch wizytach, w fabryce produkującej papirus oraz w wytwórni olejków eterycznych, które są zestawem obowiązkowym, zarządzonym przez Ministra Kultury, niemal jak „dwie kawy i dwie wuzetki w filmie S.Barei” dotarliśmy do Gizy, znanej jako miejsce jednych z najbardziej imponujących budowli starożytności, powstałych na tym terenie w XXV w. p.n.e. Faktycznie Sfinks oraz piramidy, a zwłaszcza piramida Cheopsa uznana za jeden z siedmiu cudów świata są imponujące.

Fot. Posąg Sfinksa i piramida Chefrena.
Niestety całą radość oglądania i fotografowania zabytków starożytnej kultury odbiera niemiłosierny upał (niespełna 50°C) oraz brutalnie natrętni Egipcjanie, za wszelką cenę usiłujący sprzedać turystom jakieś badziewie, przewieźć naszą kobietę na wielbłądzie, a później zażądać słonego bakszyszu za jej „zwrot”. Nawet policjanci pozornie pilnujący porządku żądali opłaty, za rzekomo zjawiskowe usługi fotograficzne, świadczone oczywiście naszym aparatem. Po morderczym zwiedzaniu grobowców Faraona i jego rodziny udaliśmy się w bardzo długą i powolną drogę do Hurghady. Do dziś zastanawiam się dlaczego kierowca, a właściwie dwóch kierowców zmienników jechali całą drogę z prędkością nie przekraczającą 80 km/h. Może szef płacił im za czas podróży, a nie przejechane kilometry …?
Podczas całego dwutygodniowego pobytu w Egipcie, udało mi się zaobserwować jeszcze kilka miejscowych gatunków ptaków, takich jak: pustułki, wrony siwe, wróble czy synogarlice senegalskie.
Wyprawę do Egiptu zaliczam do bardzo udanych zarówno pod względem wypoczynkowo-krajoznawczym jak i faunistycznym, mimo, że liczba nowych dla mnie gatunków ptaków nie jest imponująca. Uważam, że warto wybrać się tu choć raz w życiu, by osobiście zetknąć się z tutejszą kulturą, na własne oczy zobaczyć największe na świecie dowody kunsztu starożytnych inżynierów oraz zanurzyć się w lazurowej toni Morza Czerwonego, by podziwiać bogactwo fantastycznej podwodnej fauny. A przy sporej porcji szczęścia może uda się zobaczyć głuptaka białobrzuchego…
Tekst i zdjęcia:
Bartek Duczmal
18.08.2009 21:35:36Dzięki Duczy za sprawozdanie! Miło się czytało.
18.08.2009 22:53:04Sergiusz, cieszę się, że miło spędziłeś czas nad tą lekturą : )
19.08.2009 12:08:56Duczy, ciekawa relacja z wypadu do Egiptu. Cieszę się, że coś skrobnąłeś, bo zawsze dobrze jest ubrać fajne zdjęcia w jakieś odzienie. Cenne zdjęcia głuptaka białobrzuchego. Z tej okazji chlupnijmy łyk "single malta":) Najchętniej na żywo.
19.08.2009 15:12:18Dzięki Mati. Co do łyczka dobrej łychy to z wielką ochotą, mam nadzieję, że niebawem i koniecznie na żywo ; )
20.08.2009 8:57:43Fajna relacja, potwierdzająca, że każda wycieczka do Egiptu wygląda tak samo, z obowiązkowym Guftunem, Kairem, Doliną Królów i wioską beduinów ;)
A czy nad basenem hotelowym śmigały żołny? ;)
20.08.2009 8:59:07Miły opis i fajne spotkania z ptakami. Gratuluje Duczy:)))
20.08.2009 9:19:08Dzięki Darku, ... to prawda, Egipt jest krajem dość specyficznym i jeśli jest się tam w celach turystycznych to przeważnie jesteśmy zdani na hotel i jego plaże oraz standardowe wycieczki dla "mas" organizowane przez miejscowe biura podróży. Trudno jest wyrwać się poza miasto, na pustynię czy mniej komercyjne wyspy na własną rękę, dlatego większość wycieczek do Egiptu wygląda podobnie. Mimo to myślę, że warto się tam wybrać choć raz w życiu … ; ) Mój hotel żołny niestety omijały, ale za to dość licznie występowały wróble południowe, wrony i synogardlice senegalskie. Pozdrawiam.
20.08.2009 9:43:07Dzięki Robert : )
20.08.2009 23:12:49Hej "Duczy" gdzie cię zawiało aż do Beduinów! Fajna relacja,miło się czyta i ogląda.
21.08.2009 9:59:25Hehe, dzięki Jaro : ) Pozdrawiam!