Pobudka o 6.00 rano, szybka zbiórka i nad Biebrzę, a dokładniej na wieżę obserwacyjną za Goniądzem, gdzie poprzedniego dnia Paweł Malczyk miał ptaka, którego podejrzewał o bycie orlikiem grubodziobym. Ja jednak nie miałem niczego, co mógłbym podejrzewać o cokolwiek, więc po 20 minutach się ewakuowałem w stronę coraz lepiej mi znanej ścieżki edukacyjnej ‘Brzeziny Kapickie’. W Wólce odzywał się znajomy krętogłów, ale nie zechciał się pokazać.
W lesie jak zwykle śpiewające zięby i świstunki leśne, a dodatkowo dzięcioł średni. Jego zielonosiwy kuzyn zrobił mi niespodziankę, podrywając się z pobocza i wlatując na przydrożny słup energetyczny. W okolicach wieży jak zwykle kręciło się masę kszyków.
W Goniądzu wpadłem do mojego ulubionego spożywczaka, gdzie sprzedawczyni, widać nauczona doświadczeniem, zauważyła, że moja dieta składa się głównie z batoników. Batoniki to niewątpliwie ważne źródło węglowodanów, ale człowiek potrzebuje też innych składników pokarmowych, więc zaopatrzyłem się również w kolejną porcję żółtego sera, jabłka i bułki, które później się ładnie turlały po trawniku, kiedy torebka się rozerwała. Kiedy wróciłem do domku złapał mnie leń, więc wyszedłem dobrze po 11. Rowerem ruszyłem do Osowca Twierdzy, bo, jak stwierdziłem, mój domek jest tuż przy wylotówce na Osowiec. Tam w dyrekcji BPN przezornie wykupiłem sobie trzydniowy zapas biletów do parku i zainwestowałem w mapę, bo nie wiadomo, ile te PTOPowe jeszcze pociągną. Potem podjechałem pod domek Huberta i spółki, gdzie na rozlewiskach siedziało około 200 batalionów – niektóre bezczelnie małpowały płatkonogi i parę razy naprawdę się nabrałem. Poza tym tuż obok mojego stanowiska obserwacyjnego mazurki budowały gniazdo w krzakach, z rozlewisk słychać było głosy kropiatki i krwawodziobów, a nad łąkami w pewnym momencie pojawił się błotniak zbożowy. Pokazał się na tyle krótko, że potem długo się zastanawiałem, czy to przypadkiem nie był bardzo jasny stawowy. Nade mną krążyło 15 bocianów białych, a dalej nad lasem latał również ich czarny kuzyn. Z tego miejsca pojechałem na wieżę w Osowcu, po drodze spotykając samochód z holenderską rejestracją, z którym miałem już styczność podczas wczorajszego wypadu do Burzyna. Holendrzy, ale już chyba inni, siedzieli na wieży w Osowcu i wiem, że widzieli bielika, bo to było jedyne słowo, jakie zrozumiałem. Pojawiła się też ekipa z tvn24 i jutro wystąpię w serwisie informacyjnym, ale z tego, na co się zanosi, nikt mi tego nie nagra, a szkoda – ciekawe, jak wypadłem. Tego dnia parę razy występowałem w charakterze przewodnika – pokazałem jakiemuś małżeństwu, które miało lornetkę Leica, ale nie wiedzieli, czym się różni kszyk od bataliona, jak rozpoznać te dwa gatunki, a jakiejś pani na wieży wyjaśniłem, jak można dostać się na Czerwone Bagno. Potem wyskoczyłem na kwadrat MPPL-owy, buląc 7 złotych za bilet (bo 4,5 za rower). Tym razem przeszedłem wszystkie odcinki, wyznaczyłem ich granice i jutro planuję wykonać liczenie. Na kolację rozgotowany makaron z wodnistym sosem z torebki – pychota.
Walczącz z samym sobą wstałem, a raczej zwlokłem się z łóżka o 5 rano, choć to oczywiście nic w porównaniu z tym, na co muszą zdobywać się osoby wybierające się na tokowisko cietrzewi. Ja w planach miałem wykonanie liczenia na swoim kwadracie w ramach MPPL-u, więc zaopatrzyłem się należycie w prowiant w postaci kanapek i wyruszyłem na dworzec w Osowcu Twierdzy. Po drodze spotkałem kosa – kolejny gatunek, jaki można dodać do listy ptaków widzianych podczas wyjazdu. W pociągu do Podlaska, już po tym, jak poprosiłem panią konduktor o wypisanie biletu, okazało się, że po generalnych porządkach w kieszeniach kurtki zapomniałem zabrać z Goniądza pieniędzy. Z faktu tego nie byłem zadowolony ani ja, ani, ma się rozumieć, pani konduktor. Była jednak tak miła, niech jej Bóg wynagrodzi, że nie wlepiła mi biletu karnego za 150 złotych. Dojechałem więc do Podlaska i ruszyłem drogą do Łojek. Na miejscu z duszą na ramieniu zostawiłem rower na tyle jednego z budynków i poszedłem wykonać liczenie. Gatunki generalnie powtórzyły się odnośnie tych z ubiegłego roku, choć było mniej kukułek i zabrakło ortolana. Kontrola wykazała za to dudka, którego już po samym liczeniu udało mi się również zobaczyć. W drodze do Rudy natknąłem się na dwóch robotników pracujących przy nasypie kolejowym, ale robota raczej im się w rękach nie paliła. Na drodze głównej do Rudy co chwila tir, więc trzeba bardzo uważać, żeby nie zakończyć podróży pod jego kołami. W Rudzie okazało się, że w kieszeni zachowało się coś nieco 3,5 złotego, dzięki czemu mogłem sobie zrobić przyjemność w postaci Liona i zaopatrzyć się w wodę na drogę. Będąc w Rudzie postanowiłem przy okazji odwiedzić moich szkolnych gospodarzy. Na szczęście byli w domu, razem z wnukiem Miłoszem, który od najmłodszych lat wykazuje duże zainteresowanie motoryzacją. Zostałem poczęstowany herbatą i pysznymi wafelkami w czekoladzie, które, patrząc na to z dłuższej perspektywy, okazały się kluczowe dla przetrwania dzisiejszego dnia.
Po opuszczeniu moich gospodarzy pojechałem do Modzelówki i dalej czerwonym szlakiem. Po pewnym czasie okazało się, że szlak ten to przede wszystkim zwały torfu pomiędzy wielkimi dołami wypełnionymi tymże. Przebrnięcie przez taki syf nie było łatwe, a buty i koła rowerowe były oblepione czarną paskudną mazią. Kiedy się zorientowałem, że od czerwonego szlaku odchodzi zielony, czym prędzej w niego wszedłem. Jednak, jak zwykle, musiałem przeoczyć znak w jakimś miejscu i zamiast elegancko dotrzeć do drogi na Sojczyn, ja wlazłem głęboko w torfowiska. Ogromne puste przestrzenie, cisza przerywana czasem śpiewem zrywającego się z trawy skowronka, parę razy dość blisko przemaszerował łoś. Za każdym razem, kiedy na horyzoncie pojawiała się tzw. ‘grzęda’, miałem nadzieję, że za nią spotkam w końcu drogę, ale zawsze były to płonne nadzieje. Podczas pokonywania jednego z bardziej błotnistych torfowisk spłoszyłem samca cietrzewia, czego nie spodziewałem się ani ja, ani tym bardziej on. W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że postradam rozum na tych bagnach. W przeczuciu tym umocnił mnie fakt, że pomiędzy drogą, jaką szedłem, a rzeką Ełk, zobaczyłem stojący w środku bagien samotny kolejowy wagon towarowy. Jednak w końcu dotarłem do piaszczystej ścieżki, która okazała się czerwonym szlakiem, który w międzyczasie zdążył skręcić i prowadził teraz do Kapic. W Kapicach udało mi się zobaczyć z daleka polującego samca błotniaka zbożowego, po czym wjechałem na ścieżkę wzdłuż Kanału Kapickiego. Na granicy dużej łąki pod lasem park ustawił drewniane ukrycie dla obserwatorów przyrody – bardzo fajny pomysł. ścieżka wzdłuż kanału słabo się nadawała do pokonania rowerem, ponieważ trzeba było nieustannie uważać na leżące tu i ówdzie połamane przez wiatr gałęzie, a jednocześnie pilnować, by przypadkiem nie wjechać w wykopaną przez bobry dziurę, nie wspominając już o naturalnym pofałdowaniu trasy. Mniej więcej w połowie trasy natknąłem się na dwa latające bardzo blisko bieliki, które odzywały się głosem przypominającym połączenie skrzypienia schodów z gdakaniem kury. Niesamowite przeżycie. Powrót do Goniądza nie obfitował w zbyt wiele przygód, poza tym, że sekunda albo mniej dzieliła mnie od straceniem aparatu w nurtach Biebrzy – sam nie wiem, jak zdążyłem go złapać.
Z mostu skręciłem do domku, gdzie zamieszkała Kessy. Przygotowywała się właśnie do wyjazdu z resztą ekipy do Barwika na dubelty, a potem jeszcze na nasłuchiwanie puchaczy. Od niej dowiedziałem się, że na wieży w Goniądzu między 12 i 15 orlik grubodzioby jest niemal bankowy – będzie trzeba sprawdzić uzyskane wiadomości w terenie. Paweł, Sławek i cała reszta ostro czeszą Biebrzę i okolice – w Brzostowie gęś krótkodzioba i gęś tybetańska, w okolicach Wizny kobczyk na drucie. No, ale z samochodem i Swarkiem w bagażniku można odstawiać takie numery.
Kolacja w barze Goniądzu, gdzie było silnie nadymione, a frytki przesolone.
Dziś postanowiłem zrobić sobie Międzynarodowy Dzień bez Roweru. Wehikuł pozostał w stodole, a ja do 8 rano wylegiwałem się pod cieplutką kołderką. Wczorajszy dzień mocno mnie wykończył, bo kiedy około 23 wsunąłem się do łóżka, to obudziłem się o 2.00 w nocy zdziwiony, że światło jest niezgaszone.
Ranek należał do nudnych ranków – prysznic, zmywanie starych brudów, zakupy w kilku sklepach w celu zbadania rynku produktów, szczególnie z branży ciastkarskiej. Zaopatrzony odpowiednio mogłem ruszyć na wieżę za Goniądzem, skąd planowałem wypatrywać orlików grubodziobych. Do pewnego momentu wypatrzyłem zdecydowanie więcej turystów nawiedzających wieżę niż ptaków w ogóle, a na dodatek mocno wiało, ale po pewnym czasie ponownie pojawili się Tetrao i Kessy (wcześniej wpadli dosłownie na chwilę, meldując o podejrzanej o bycie thunbergii pliszce w Budnych, ale spokoju nie dawała im brewka przed okiem), po czym zeszliśmy z wieży (skąd, poza turystami, można było zobaczyć zwykłego orlika, bociana czarnego, białego, dwa gatunki czapli, żurawia, błotniaka stawowego, myszołowa, kobuza, peregrina, bieliki, czajki i skowronki), wcześniej wysłuchując ciekawych opinii dwóch młodych ludzi (‘Ale piękna przyroda. Zgniła’ albo ‘O, zobacz, bocian [to była hajstra]. Tetrao: ‘Przecież bociany są białe’ Chłopak: ‘No tak, to co to? Kaczka. Kaczka-dziwaczka’). Przespacerowaliśmy się na łączkę, gdzie przy piwie ja oglądałem fotki Tetrao z wyjazdu, a wszyscy dyskutowaliśmy na temat orlika, jakiego widzieliśmy z wieży i nie mogliśmy ustalić, co to był za gatunek. Dodatkowo nie dawał nam spokoju widziany mały niezidentifikowany grzdyl, którego ostatecznie uznaliśmy za nowy gatunek ‘Falco nisus subsp. circus’, bowiem te ptaki padały jako potencjalne oznaczenia.
Przy rozmowie na temat lornetek i zapisków oraz gesi krótkodziobej z Brzostowa, jaką widział Szymon, pojawiła się w końcu pewna clanga, na dodatek z ‘plecaczkiem’, czyli nadajnikiem. Różnica miedzy lotkami i pokrywami wyraźna, wierzch skrzydeł tez wyraźny – wreszcie mogłem sobie zaliczyć ten gatunek. Potem wpadli Hiszpanie ze swoim super sprzętem i tez mieli coś, co wg nich było orlikiem grubodziobym, ale z racji odległości Tetrao skwitował to zdaniem : ‘It is not Spotted Eagle. It is a Spot.’ i była to szczera prawda.
Potem rozdzieliliśmy sie, ja sie przebrałem, poszedłem do kościoła, wróciłem do domu, usmażyłem kiełbasę i ugotowałem makaron z sosem nie doprowadzając przy tym do katastrofy. Uzupełniłem notatki z dzisiejszego dnia i teraz idę na kontynuację rozmowy z Kessy i Tetrao. Ale jest fajnie nad tą Biebrzą – szkoda, ze pojutrze będzie trzeba spadać do Warszawy.
I tak oto nadszedł ostatni dzień mojego pobytu nad Bierzą. Postanowiłem go uczcić w szczególny sposób i wybrać się z tej okazji do Mścich, oddalonych od Goniądza o jakieś 27 kilometrów. Specjalnie mi się chyba nie spieszyło – wyszedłem około 8.40, ale to naturalne, zważywszy, o której wczoraj skończyło się pożegnalne ognisko malczykowców (przynajmniej dla mnie).
Z Goniądza wpadłem jeszcze na wieżę w Osowcu, pod którą jak zwykle ganiały się kwiczoły, śpiewał podróżniczek, a w zaroślach po drugiej stronie drogi koncertowały słowiki. Z wieży dojechałem do skrętu na Łomżę i dalej w długą prostą do Klimaszewnicy. W Klimaszewnicy jest sklep spożywczy, którego wnętrze, choć nie ogromne, przywodzi na myśl wnętrze jakiejś hali produkcyjnej. Bardzo miła ekspedientka.
Posiliwszy się lodami ‘Ela’ ruszyłem do Mścich, do których już nie było tak daleko. Na rozstajach dróg skręciłem na Okrasin, a potem prosto czarnym szlakiem. Po drodze minąłem się z samochodem prowadzonym przez ojca Tetrao, w którym poza nim siedziała mama Tetrao, Kessy i sam Tetrao. Na moje pytanie ‘było coś ciekawego?’ padła odpowiedź : „zobaczysz”. Słusznie. Kessy tylko konspiracyjnym tonem dodała, bym nasłuchiwał wodniczek. Ledwo za tumanem kurzu zniknęło ich auto, od drugiej strony nadjechał Arni i Anka Salwa, którzy tego dnia byli moimi towarzyszami obserwacji na Mścichach, a dodatkowo wzbogacili mój organizm w porcję węglowodanów w postaci cytrynowego ptasiego mleczka. Wspólnymi siłami udało nam się wytropić jedną śpiewającą wodniczkę, która przez chwila była nawet widoczna w lunecie. Potem śpiewały już tylko rokity, darł się derkacz i brzdąkały pliszki żółte w duecie z potrzosami. Po łące przechadzała się czapla siwa z godowo ubarwionym dziobem. Szyja tego ptaka, przypominająca wyginającego się co chwila białego węża, zawsze robi na mnie duże wrażenie. Pliszkom żółtym, po wczorajszych opowieściach o thunbergii, przypatrywałem się uważniej niż zazwyczaj, ale nie stwierdziłem żadnych odchyleń od normy.
Wieża obserwacyjna w Mścichach, umiejscowiona tuż przy samej Biebrzy, była chyba jedynym miejscem w okolicy, gdzie naprawdę wiało, choć było to nic w porównaniu do wiatru, jaki potrafił dąć w ciągu ostatnich dni. Na rozlewiskach około 150 siewek – głównie bataliony, łęczaki, domieszka kwokaczy i brodźców śniadych. Nad rzeką latały dwa bociany czarne, a nad trzcinowiskami, skąd swoją monotonną piosnkę wyśpiewywała brzęczka, co chwila pojawiał się błotniak stawowy. Wśród gęstych wodnych zarośli czasem mignęła głowienka lub płaskonos – ani śladu kulików mniejszych czy podgorzałki. Właściwie na wieży nie działo się dużo – gadaliśmy, trochę digiscopingowaliśmy. Rzucaliśmy niepochlebnymi uwagami na temat załogi jakiejś łodzi z silnikiem motorowym, która na chwilę spłoszyła wszystkie siewki. Nad horyzontem unosiły się setki śmieszek, słychać było głosy rybitw białoskrzydłych. Potem przyjechała jakaś kilkunastoosobowa grupa, przez Ania z Arnim się zmyli, a ja po jakiś 20 minutach poszedłem w ich ślady. Dogoniłem ich jeszcze i trochę pogadaliśmy, po czym oni ruszyli jeszcze chyba na Barwik albo na Grądy Woniecko, a ja w drogę powrotną – pierwszy raz bez swetra i nawet bez kurtki, przez co wyraźnie zwiększyła mi się masa plecaka.
Choć przede mną jeszcze sprzątanie i być może wieczorna impreza u Kessy i Tetrao, jest to zakończenie mojej tegorocznej majowej biebrzańskiej przygody. Było naprawdę fajnie, odkryłem zalety roweru, usmażyłem kiełbasę, zobaczyłem orlika grubodziobego, komary wymarzły – wielka szkoda, że trzeba wracać do Warszawy.
Antoni Marczewski
24.07.2009 13:07:36Antek, świetna relacja, zdjęcia zbyteczne, bo i tak jest bardzo kolorowo i obrazowo (trrzeba być chyba Tobą, żeby napisać tak, że mi nie brakuje zdjęć!).
PS. Sięgasz czasem w terenie po coś co nie jest lodem, batonikiem ani ciastkiem? Bo kiełbasę usmażyłeś, ale czy ją zjadłeś;)
30.07.2009 9:05:34Temperatury przeważnie były takie, że lód lub ciastko okazywały się najbardziej wskazanym rodzajem pożywienia ;) O ile mnie pamięć nie myli kiełbasa również została skonsumowana :)
Nanoszę również poprawkę zgłoszoną mi prywatnie przez Tetrao - gęś krótkodzioba widziana była w Budnem, a nie w Brzostowie.
21.08.2009 1:55:03fajna relacja, byliśmy w tych samych miejscach i w tym samym czasie :)
czasami lepiej jest nie zamieszczac zdjęć Matys, dać wodze wyobraźni :)
25.07.2010 15:08:57Czytam tę relację ktoryś tam raz i coraz więcej widzę. Zaliczyłam Biebrzę tzn. liznęłam, ale wiem, że tam wrócę. A ten opis pokazuje, gdzie i kiedy być, żeby się natknąć na ciekawe gatunki. Dzięki Antoni.