Półwysep Helski co roku odwiedzany jest przez tysiące spragnionych uroków słońca i morza turystów. Każdy wczasowicz to dla właścicieli dodatkowy zysk, dla którego dopuszczają się oni degradacji Zatoki Puckiej. Być może uda się ukrócić ten proceder, zanim sprawą zajmie się Komisja Europejska.
Teren Zatoki Puckiej wraz z Półwyspem Helskim są chronione w ramach Nadmorskiego Parku Krajobrazowego oraz jako obszary w sieci Natura 2000: OSOP Zatoka Pucka PLB 220005 oraz SOOS Zatoka Pucka i Półwysep Helski PLH 220032. Poza sezonem jest tu spokojnie, jednak w lecie ściągają tysiące turystów, w tym miłośników wind- i kitesurfingu. Wielu z nich zatrzymuje się na kempingach w gminie Władysławowo, gdzie postawienie przyczepy kempingowej kosztuje ok. 100 zł, a dwumiesięczny wynajem już stojącej stanowi wydatek rzędu 8000 zł. Aby móc przyjąć większą liczbę gości, zarządcy kempingów powiększają zajmowany przez nie obszar poprzez dosypywanie do plaż piasku i kamieni. Jak podaje trójmiejski dodatek "Gazety Wyborczej", w niektórych wypadkach takie działania spowodowały przesunięcie lądu 50 m w głąb Zatoki Puckiej.
Sprawa od dawna niepokoi Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Gdańsku. Dysponuje ona zdjęciami lotniczymi z przestrzeni ostatnich lat, na których dokładnie widać zmiany w ukształtowaniu linii brzegowej. Jest to też kontrargument w dyskusji z właścicielami kempingów, którzy prowadzone prace tłumaczą odbudową plaż po zniszczeniu ich przez sztormy. Poza zniszczeniem dotychczasowych siedlisk (w tym trzcinowisk) RDOŚ zarzuca właścicielom używanie piasku nie pochodzącego z morza. Kolejny zarzut dotyczy liczby osób przebywających na powiększonym terenie - kilkakrotnie przekracza ona limit określony przez miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Mimo to żadnych działań nie podejmują władze gminne - według nich nadsypany obszar należy do skarbu państwa i wobec tego nie mają uprawnień do interweniowania. Mają rację, bowiem nadzór nad Zatoką w tym miejscu sprawuje Urząd Miejski, alarmowany o sytuacji już rok temu. Po skontrolowaniu 7 kempingów nakazał do końca maja br. usunięcie namiotów i przyczep z nadsypanego obszaru, ale tylko dwa kempingi zastosowały się do tego polecenia. W związku z tym RDOŚ czeka teraz na ekspertyzy naukowców z Uniwersytetu Gdańskiego, które staną się podstawą do kolejnego postępowania administracyjnego. Jak zapowiada Hanna Dzikowska, Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Gdańsku, jeśli kempingi dalej nie będą stosować się do oficjalnych zaleceń, RDOŚ sam usunie wyrządzone szkody, a rachunek wystawi właścicielom. W przeciwnym razie sprawa może się skończyć wytoczeniem przez Komisję Europejską sprawy w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości przeciwko Polsce. W razie przegranej milionowe kary zapłaci skarb państwa, czyli w praktyce wszyscy obywatele.
Antoni Marczewski
15.08.2010 20:04:41Po raz kolejny okazuje się, że z kosmosu widać lepiej! Za to urzędnikom nie przeszkadza, że ktoś robi biznes na nie swoim terenie, a przede wszystkim przekształca nie swój teren (bo o ochronie przyrody nie słyszał?). Nie wiem jak jest na Helu, ale w mojej okolicy w wielu miejscach nie ma osnowy geodezyjnej (nie wiem dlaczego) i granice dzialek można zobaczyć tylko w internecie - sprzyja to "zwyczajowym nadużyciom". W przypadku półwyspu Helskiego, jeżeli są zdjęcia satelitarne albo lotnicze z pełni sezonu, to sprawa wydaje się prosta.
17.08.2010 0:07:51Zasypywanie zatoki z jednoczesnym całowitym niszczeniem trczinowisk, będących miejscem rozwoju narybku (utrudniają widn- i kitesurferim dostęp do wody) to tylko jeden z problemów. Warto mieć świadomość, że często takie działania są prowadzone przy pomocy ciężkiego sprzętu budowlanego - buldożerów, koparek etc, co prowadzi do zagłady życia organizmów wodnych i jest jedną z przyczyn dramatycznego załamania liczebności ryb w zatoce. Warto przy okazji wspomnieć również o tym, że pomimo ustanowionej w przepisacj minimalnej odłegłości przyczep od linii brzegowej stoją one jednym kołem w wodzie. Trudno się temu dziwić, skoro jak słyszałem (to jedynie plotki, ale sam pływam na desce i byłem kilka razy w Chałupach, stąd mam pewne pojęcie o realiach tam panujących) koszt ustawienia własnej przyczepy w pierwszej linii (czyli właśnie jednym kołem w wodzie) to ok. 20 tys złotych. A tych przyczep w pierwszej linii jest na każdym kempingu kilkadziesiąt.
Kilku-, a czasem nawet kilkunastokrotne przekroczenie dopuszczalnej liczby osób/ha na tych kempingach to również olbrzymie nielegalne i nieopodatkowane dochody dzierżawców tych gruntów. Wszak tym nielegalnie przebywającym osobom nikt nie wystawia paragonu! A w pierwotnym założeniu przecież te kempingi miały być używane co drugi rok w systemie rotacyjnym, żeby ograniczyć antropopresję.
Prof. Skóra ze Stacji Morskiej na Helu od lat monitoruje przypadki przymykania oczu lokalnych włodarzy na uchybienia, a częściej nadużycia ze strony dzierżawców gruntów. W ten sposób kilka osób czerpie gigantyczne dochody nie licząc się ze środowiskiem. Przykłady łamania prawa można mnożyć. Na półwyspie nie wolno stawiać nowych budynków, ale na jednym z kempingów wzniesiono kilka koszmarnych kwater dla turystów na podstawie pozwolenia wydanego... dzień przed naszym przystąpieniem do UE. Przypadek? Na innym z kolei ktoś dorysował na planie nieistniejący w rzeczywistości budynek sanitariatów. Dzierżawca terenu złozył wniosek o pozwolenie na remont tego budynku. Zgodę dostał i... zbudował w tym miejscu nowy budynek.
Niestety, samorządowcom wydaje się, że karanie tych potentatów nie leży w ich interesie.
Mam nadzieję, że w końcu ETS nałoży na nasz kraj jakąś solidną karę i ludzie zrozumieją, że te barbarzyńskie praktyki uderzają w nich wszystkich a korzyści płyną jedynie do gartski ludzi dzierżawiących te tereny. Może wtedy ktoś się opamięta i zaczne egzekwować istniejące prawo. To by naprawdę wystarczyło żeby jeszcze kiedyś było po co na półwysep jeździć.
17.08.2010 20:55:47Przerażające są realia tego biznesu... I umoczone miejscowe władze.