Na początku czerwca b.r. kończąc dzień prac terenowych koło Turwi (Park Krajobrazowy im. Chłapowskiego w okolicach Czempinia w Wielkopolsce) natknąłem się na wiszącego na sznurku kobuza, na sośnie, jakieś 12-15 m nad ziemią. Był zaczepiony w stawie skokowym i bezbronnie dyndał głową w dół z rozpostartymi skrzydłami. Kołysał się na wietrze jak wahadło, co chwila bezskutecznie podlatując i znowu opadając do pionu. Żal mi się go zrobiło, gdy wyobraziłem sobie, że albo zginie nieprzyjemną śmiercią z głodu albo jakiś inny ptak drapieżny go upoluje. Obok, dopóki się nie pojawiłem, krążył też drugi sokół, oraz samiec błotniaka stawowego (czy miał już kobuza na oku?).

Fot. 1: Kobuz uwięziony na sznurku na wysokiej sośnie (fot. Grzegorz Karga)
Zdarzenie miało miejsce na skraju lasu sosnowego w jego wąskim wcinającym się w pola rzepaku języku i nie było szansy żeby jakiś wóz strażacki tu dojechał. Na klasyczną drabinę też było zbyt wysoko. Zadzwoniłem do prof. Jerzego Karga z Instytutu Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN w Turwi z prośbą o pomoc. Ten żywo zainteresował się problemem i obiecał, że załatwi drzewołazy. Pracownik PAN, pan Robert pojechał do Czempinia i z tamtejszej Stacji Badawczej Polskiego Związku Łowieckiego pożyczył wspomniany sprzęt.
Po jakiejś godzinie ekipa ratownicza w postaci wyżej wspomnianych osób oraz Grześka Karga z aparatem zjawiła się pod sosną. Nigdy wcześniej nie wspinałem się po nagich pniach, a jedynie klasycznie tzn. po konarach drzew. Wobec tego ubrałem się grubo, gdyż mimo znacznej ciepłoty powietrza wolałem być spocony niż obdarty o pień. Pan Robert pomógł mi ubrać drzewołazy oraz pas i linę do przepasania dookoła drzewa. Na wszelki wypadek wziąłem jeszcze jedną linę. Okazała się przydatna w momencie, gdy tę pierwszą trzeba było odpinać i przerzucać nad gałęziami.

Fot. 2: Zapinanie uprzęży przez wspinaczką (fot. Grzegorz Karga)
Pierwszy kryzys nastąpił już po kilku metrach wspinaczki. Stwierdziłem, że jestem wykończony, bolały zwłaszcza mięśnie nóg, i nie wiem jak zdołam się dostać na górę. Nastąpiła lekka panika, co ja tu w ogóle robię, i czy bez sensu nie narażam życia (zwłaszcza, że zaledwie pół roku jestem żonaty, do tego dziecko w drodze). Głupio i nieodpowiedzialnie byłoby spaść! Szybko stwierdziłem, że muszę się koniecznie uspokoić zarówno psychicznie jak i dać odpoczynek mięśniom. Inaczej rzeczywiście coś mi się może stać. Byłem już jakiś kawałek nad ziemią, sokół bezradnie wisiał w górze, nie chciałem się poddać.

Fot. 3: Tomek Knioła w trakcie wejścia po uwięzionego kobuza (fot. Grzegorz Karga)
Postanowiłem iść dalej, co kawałek robiąc odpoczynek dla mięśni. Pompowałem się więc psychicznie w amerykańskim stylu typu: "bez paniki, odpocznij i dalej w górę", "jeszcze parę metrów, dobrze ci idzie". Ponadto wiedziałem, że lepiej pewnie i mocno wbijać każdy z dwóch kolców w pień, niż szybko, gdyż zawsze następuje moment, w którym podnoszę się opierając tylko na jednym z nich. Wtedy lepiej nie stracić gruntu (= pnia) pod nogami, gdyż błąd skutkującym utratą oparcia mógłby mnie sporo kosztować. Miałem ze sobą wprawdzie dwie liny założone dookoła pnia, które mozolnie przesuwałem ze sobą w górę, z czego jedna była założona ciasno a druga luźno, jednak nie wiem, czy w razie spadku któraś z nich zatrzymałaby mnie samą siłą tarcia. Z dołu przypominano mi zaś, żeby nie przytrzymywać się gałęzi, gdyż mogą się złamać. Jakże każda kusiła by choć na moment się jej przytrzymać i odpocząć...!
Ponadto bardzo silną motywacją był dla mnie cel. Nie chciałem zostawić pięknego dzikiego ptaka wiszącego bezradnie i bezgłośnie (ani razu się nie odezwał!) głową do dołu, i to z winy człowieka.

Fot. 4: Tomek blisko celu (fot. Grzegorz Karga)
Przeszkodą okazało się być to co we wspinaczce po drzewach liściastych było mi zawsze pomocą: konary. Należało je albo obejść przekładając liny i co gorsza przerzucając też nogi nad nimi. Wobec tego w przypadku większości gałęzi starałem się je obłamać pięścią. Wisząc na drzewie na pozostałych wolnych kończynach musiałem równoważyć sprężynowanie gałęzi, będąc jednocześnie gotowym w każdej chwili na jej nagłe ustąpienie przy złamaniu. To chwiało równowagą i było nieprzyjemne na tej wysokości.

Fot. 5: Kobuz zawisł na sznurku na wysokości ok. 15 m (fot. Grzegorz Karga)
No i końcu osiągnąłem wysokość ponad sokołem. Odpoczynek parominutowy, przyciągnięcie z ziemi plecaka na linie, którą cały czas ciągnąłem przytroczoną do pasa, odczepienie sokoła wraz ze sznurkiem od gałęzi, sokół do plecaka, na linie w dół. Cel osiągnięty, uff! Co za radość!! Teraz znowu dłuższy odpoczynek. Dla zabezpieczenia przerzuciłem linę, z którą miałem łączność z ziemią tzw. nabiegowo nad poziomym konarem i dalej przymocowałem do siebie.

Fot. 6: Tomek u celu - kobuz za chwilę zostanie uwolniony (fot. Grzegorz Karga)
Teraz już kolega Grzesiek mógł mnie asekurować przy schodzeniu w dół. Chęć jak najszybszego dostania sie do bezpiecznej ziemi musiałem mocno studzić, powtarzając sobie, że zejście wymaga tej samej koncentracji co wejście. Najchętniej zjechałbym po pniu na dół jak strażak, jednak obawiałem się, że jak już raz pójdę na łatwiznę to mogę się nie zatrzymać, a tragikomicznie byłoby spaść z drzewa już po wykonaniu zadania.

Fot. 7: Kobuz z nogą zaplątaną w sznurek (fot. Grzegorz Karga)

Fot. 8: Sznurek na nadgarstku kobuza (fot. Grzegorz Karga)
Warto podkreślić, że na pewno wśród czytelników są fachowcy od wspinaczki, dla których to nic niezwykłego, dla mnie jednak był pierwszy raz na "głębokiej wodzie" tudzież nagiej sośnie, i stracha miałem też porządnego.... Dlatego taka długa relacja. Następuje pytanie, jak należy się właściwie wspinać z drzewołazami? W przyszłości, choć oby nie, może mi się to znowu przydać.
Akcja może nie była zbyt bezpieczna, bo przeszkolenia nie miałem, ale działanie było spontaniczne. Jednak na ile to możliwe, jak wynika z opisu wyżej, starałem się zadbać o przeżycie zarówno ratowanego jak i ratującego. Po wielokroć obiecywałem sobie, że nigdy więcej. Jednak myśl, że na górze jest sokół, który zginie z głodu lub zjedzony przez innego drapieżnika, nakazywała zacisnąć zęby i iść dalej. No i jakoś doszedłem. Siła jest w umyśle!

Fot. 9: Portret samicy kobuza wdzięcznej Tomkowi za uratowanie życia (fot. Grzegorz Karga)
W Poznaniu w Ptasim Azylu przy Nowym ZOO podleczono kobuza (miał na ile się dowiedziałem nadwyrężoną nogę), a po tygodniu oddano mi go (a już konkretnie mówiąc: ją). Wypuściłem sokoła z powrotem w pobliże gniazda. Zawartości gniazda nie sprawdzałem, ale para kobuzów krążyła tam i odganiała myszołowa jakieś dwa tygodnie potem, mam więc nadzieję, że akcja zakończona jest pełnym sukcesem.

Fot. 11: Inny kobuz na wolności, sfotografowany na łąkach pod Modlinem (fot. Mateusz Matysiak)
Podziękowania należą się panu prof. Jerzemu Kargowi, panu Robertowi, oraz Grześkowi Kargowi (jego są zdjęcia), wszyscy są pracownikami PAN w Turwi, a ponadto Stacji Badawczej Polskiego Związku Łowieckiego.
Jest to jedna z kolejnych lekcji, że należy pouczać rolników jak szkodliwe są sznurki porzucane przez nich na polach.
PS. Na fotce ostatniej mam dość zmęczoną facjatę, wynika to z tego, że większą część sezonu lęgowego wstawałem o 3,30-4,00....Na co dzień mam nadzieję że lepiej wyglądam;)

Fot. 12: Bohaterowie akcji i opowiadania: Tomek Knioła i uratowana samica kobuza (fot. Grzegorz Karga)
Tekst: Tomasz Knioła
Zdjęcia z akcji (fot. 1-10, 12): Grzegorz Karga
Zdjęcie kobuza na wolności (fot. 11): Mateusz Matysiak
8.08.2010 17:52:18Fakt Tomku, na Ekointerwencjach wyglądałeś lepiej niż na ostatniej fotce :)))
Gratuluję super postawy, zakończonej sukcesem akcji ratowniczej i świetnie napisanej relacji
8.08.2010 18:10:29Tomku, podziwiam i gratuluję! Piękny drapieżnik wrócił do przyrody, a każdy taki drapieżnik jest na wagę złota.
To również kolejny fakt dużej szkodliwości sznurków bezmyślnie i beztrosko pozostawianych przez rolników na polach. Uświadamiajcie rolników przy każdej okazji! Ja tak robię od lat i choć problem jest coraz mniejszy, bo na pola jeżdżą maszyny to ciągle sznurki do snopowiązałek znajduję w wielu miejscach...
8.08.2010 19:07:39Każdy z nas by tak postąpił.Gratuluję postawy
8.08.2010 21:19:41Brawo! Gratuluję poświęcenia.
8.08.2010 21:40:11Wysokość robi wrażenie, gałęzie też są niepewne. Poważna akcja, ryzykowna, ale i skuteczna. Teoretycznie może dałoby się przerzucić ciężarek z cienką linką nad solidną gałęzią i założyć wstępnie asekurację (albo wystrzelić linkę z łuku: na 15m to łatwiejsze o ile ma się łuk i wprawę)
8.08.2010 21:48:42Brawo!!!
8.08.2010 22:36:13Marcinie, owszem, każdy z nas, ale wyłącznie spośród twardzieli takich jak Tomek.
9.08.2010 0:42:30Kiedy byłam dzieciakiem, łaziłam po drzewach i mam jakieś pojęcie o tym, co się czuje na chudej sośnie, dość wysoko ... Jestem pełna podziwu dla Tomka i jego sprawności fizycznej oraz psychicznej. Uratowanie ptaka to piękny wyczyn. Dziękuję Ci Tomku! Będziesz wspaniałym ojcem dla Twojego dziecka, niech Ci szczęście i zdrowie sprzyja! Pozdrawiam serdecznie :))
9.08.2010 12:30:51Tomku, duże brawa dla Ciebie. Gratuluję udanej akcji.
9.08.2010 14:28:41Jak to mówiom SZACUN! Brawo
9.08.2010 15:45:23Podziw i szacunek.
9.08.2010 16:25:56Gratulacje! Ale bylo niebezpiecznie. Jako ze wspinam sie po drzewach niejako zawodowo polecam rade Przemka: "sandbag" + linka wyciagowa i juz mamy wciagnieta line glowna na drzewo, potem juz bezpiecznie sie wspinamy w gore. Do tego krotki "side strap" zeby nie odpadac od pnia i jest naprawde profesionalnie, komfortowo i bezpiecznie. Kazdemu ptasiarzowi ktory chce sie wspinac na drzewa ,polecam zakup sprzetu wspinaczkowego i wozenie go w teren np. w samochodzie. Bo nie wiadomo kiedy sie przyda jak widac.
P.S. Przepraszam za niektore angielskie okreslenia ,ale niestety nie znam polskich odpowiednikow :)
9.08.2010 18:16:38brawo Tomku, jestem pełna podziwu!
10.08.2010 10:16:04Wszystkim bardzo dziękuję za gratulacje i miłe komentarze!
Hania też dziękuję, mam nadzieję, że sprawdzę się jako ojciec, na pewno córcię będę zachęcać do miłości do przyrody:) choć nie wiadomo czy jej się nie znudzi jeśli w ramach mojej części opieki wezmę ją na parę godzin w teren...
Na początku też myślałem o przerzuceniu liny z jakimś ciężarkiem, ale było za wysoko by dorzucić ręcznie - pierwszy pewny konar był dopiero na wysokości sokoła (widać go na fot. 6). Łuku oczywiście nie miałem, a nawet z nim ciężarek trzeba by idealnie pionowo wystrzelić w górę licząc że utraci impet nad tym konarem a nie zaplącze się gdzieś wyżej.
Piotr, faktycznie „sandbag” bardziej mi sie kojarzy z workiem piasku niż ze wspinaczką.... Jeśli możesz podeślij na priv jakiś link z fachowym opisem bezpiecznej wspinaczki. Jak masz też to linka do odpowiedniego zestawu sprzętowego (z czego się powinien składać taki podręczny, „bagażnikowy” jak mówisz zestaw), może da się kupić gotowe zestawy na allegro? bo wiadomo ze używane tańsze są, a być może równie dobre..
10.08.2010 10:20:07Ciekawe, czy się wdrukuje do łebka tego ptaka jakaś pozytywna "myśl" na temat człowieka? Chociaż, z drugiej strony, to może nie byłoby zbyt bezpieczne ....
10.08.2010 20:23:18Gratulacje !
11.08.2010 11:31:55To było na prawdę niebezpieczne. Gratulacje!
15.08.2010 10:05:44Brawo za odwagę i determinację.
16.08.2010 19:57:22Great report, but your action was even greater.
Tribute for the hero!