Po raz pierwszy na miejsce naszego spotkania wybraliśmy Bieszczady – dość trudny, aczkolwiek ambitny teren do obserwowania ptaków. Bliskość gór zapowiadała możliwość spotkania z wieloma ciekawymi i niespotykanymi tak często na północy gatunkami, między innymi wymarzonym przez niektórych orłem przednim.
Bazę wypadowo-edukacyjno-imprezową stanowiła położona na pięknym końcu świata willa "Arnika" w Mucznem. Przed naszymi oknami rozciągała się niewielka, świeżo skoszona łączka, na której każdego dnia żerował orlik krzykliwy a pobliskie gospodarstwa zwabiały do swych ogrodów złaknione owoców drozdy. Nie zabrakło wśród nich drozdów obrożnych, którymi mogliśmy zachwycać się przez cały pobyt w Bieszczadach.

Fot. PPPiknikowicze przez "Arniką", prawie w komplecie. Od lewej, na tarasie stoją: Artur Bujanowicz, Gabi Piwowar, Sebastian Piwowar, Dawid Kozłowski, Marcin Wierzbicki, Adam Cała, Kasia Goworek i Michał Skakuj; od lewej poniżej: Ewa Szczepankiewicz, Mikołaj Matysiak, Jarosław Matysiak, Mateusz Matysiak, Bartłomiej Duczmal, Witold Goworek, Aneta Balcerkiewicz i Roman Stelmach.
Nieopodal na dachach domów nad strumieniem, panoszyły sie pliszki górskie. Już pierwszy wieczór dostarczył mocnych wrażeń, gdyż niedaleko miejsca naszego zakwaterowania nawoływał puszczyk uralski.
Odwiedziliśmy kilka urokliwych miejsc, między innymi cerkiew niedaleko Smolnika, skąd rozpościera się piękny i szeroki widok na pobliskie doliny i odległe połoniny.

Fot. Jedna z grup PPPiknikowiczów w sercu Bieszczadów. Od lewej, stoją: Gabi Piwowar, Sebastian Piwowar, Marcin Wierzbicki, Dawid Kozłowski, Mikołaj Matysiak, Aneta Balcerkiewicz, Michał Skakuj, Roman Stelmach; od lewej klęczą: Witold Goworek, Artur Bujanowicz, Jarosław Matysiak (Fot. Kasia Goworek).
Pośród obserwacji kobuzów, orlików i myszołowów najwięcej emocji dostarczył Marcin Wierzbicki, którego punktem honoru było zobaczenie derkacza. Jako, że całe łąki wokół cerkwi derkały natarczywie, główny zainteresowany uzbrojony w telefon z głosem rzeczonego gatunku, zamarł w niewzbudzającej podejrzeń pozycji na skraju łąki. Jako, że derkacz nie przyszedł do Marcina, to Marcin musiał przyjść do derkacza. Tak więc ruchem robaczkowym zaczął zagłębiać się w wysoką trawę. Wydawać by się mogło, że ptak siedzi i derka na samym Marcinie, że obchodzi go w koło śmiejąc się z niego. Gdy już zrezygnowany śmiałek wycofał się by oznajmić nam, że „nie tym razem”, ptak poderwał się i na oczach wszystkich, z głośnym furkotem przeleciał parę metrów w dół zbocza.
Podczas całego pobytu dwa razy zatrzymywaliśmy się w ptasio brzmiącym zajeździe „Pod Czarnym Kogutem”, na wyśmienitą zupę gulaszową. Przy okazji konsumpcji, wrażeń wizualnych i wokalnych dostarczały uwijające się w ogrodzie stadka wróblaków. Szczygły, makolągwy, strzyżyk, rudzik, kopciuszek i śpiewający kulczyk*. Malutkie oczko ogrodowe przyciągnęło też przedstawicieli płazów – kumaka oraz traszkę.
*w dyskusji „jak zapamiętujemy ptasie głosy” ustaliliśmy, że głos kulczyka najlepiej oddaje skojarzenie go z szybkim skrobaniem szyby paznokciem (jak ktoś ma).

Tak oczekiwana wyprawa w Dolinę Otrytu, gdzie orły przednie i inne rzadkości pokazują się i pozują na skinienie ręki, niestety zakończyła się szybkim odwrotem, bo w strugach lejącego deszczu nie widać było własnego nosa. Za to widać było wodę, dużo wody, duuuużo wody.
Niektórzy mieli więcej szczęścia. Wieczorem, gdy jedliśmy obiadokolację, wpadli do izby, spóźnieni Mateusz Matysiak i Bartek Duczmal. Oprócz tego, że wywołali na sali powszechne westchnienia informacją o spotkaniu młodocianego orła przedniego, to jeszcze na koniec dnia, gdy schodzili z ambony, natknęli się (kto się na kogo natknął?) na puszczyki uralskie. Pech chciał, że sprzęt fotograficzny zapakowany był już do plecaków, ale tej dziwnej prawidłowości chyba każdy z nas doświadczył, że najciekawsze sytuacje przytrafiają się, gdy nie weźmiemy lornetki albo wyładowała się nam bateria w aparacie.
Mimo długich poszukiwań i wyczekiwania we wskazanych miejscach orła przedniego jak nie było tak nie ma. Nikomu innemu niż dwójce szczęściarzy nie udało się go zobaczyć. Pogodzeni z tym faktem spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się jednak na ostatnie 15 minut w miejscowości Stuposiany. Dosłownie z zegarkiem w ręku Michał Skakuj odliczał czas. 10 minut... myszołowy, krogulce, 5 minut... orliki krzykliwe, 40 sekund... Ostatni rzut okiem uzbrojonym w lornetkę w stronę szczytu - Michał... ten „orlik” jakoś dziwnie trzyma skrzydła do góry. Czy możesz zerknąć przez lunetę i sprawdzić? ;)
Wieczory spędzaliśmy dzieląc się wrażeniami z przebytego dnia i słuchając wykładu Michała Skakuja na temat rozpoznawania świstunek. Tradycyjny już konkurs rozpoznawania ptaków wygrał Artur Bujanowicz z Wrocławia.
Przemili gospodarze nie szczędzili nam wygód. Urocza okolica, pyszne jedzenie oraz poczęstunki z regionalnych serów na długo pozostaną w naszej pamięci, nie wykluczone, że któryś z kolejnych PPPikników znów nas tam zaprowadzi.
Tylko trzeba pamiętać, aby następnym razem będąc w Bieszczadach, zawczasu zakręcic kurek z wodą. No, bo po co ma sie jej tyle marnować...
Tekst zmyśliła:
Kasia Goworek
Rysunki:
Michał Skakuj
Podpisy pod zdjęciami zbiorowymi:
Mateusz Matysiak
8.09.2009 2:26:59Ogłaszam konkurs: kogo zabrał przedniak na wycieczkę w góry?:)))
Michał. Jesteś nie do podrobienia! Jak zwykle rewelacyjne "humoptaki":)))
8.09.2009 8:35:00Miłe wspomnienia : ) ... a swoją drogą też jestem ciekaw, kto poleciał z przednim?
8.09.2009 12:36:06No i czy to ta sama osoba, która gości zmokłe, bieszczadzkie kury pod swoim parasolem?;)
11.09.2009 20:20:58Wstyd przyznać to był mój pierwszy wypad w Bieszczady. Zakochałem się nie tylko w Bieszczadach ale i w pensjonacie i oczywiście kuchni Pani Leśniczyny :)
Byłem w czerwcu ponad tydzień w tym samym miejscu, widziałem niedźwiedzia i kupę innych fajnych miejsc, zwierząt i klimatów.
18.11.2011 14:12:59Jak zwykle wspaniałe rysunki Michała S.!